niedziela, 17 sierpnia 2014

Refleksje wakacyjne cz. 3

            Zawsze mnie interesowało to, co ludzie robią. Jak wygląda ich plan dnia, organizacja, jak dojeżdżają do szkoły/pracy, jak wygląda podział obowiązków w rodzinach i te sprawy. Także mnie interesowało o czym myślą, co czują, jak wygląda ich zdanie na temat polityki, religii, sportu. Pierwotnie ta fascynacja brała się z tego jakże werterowskiego zapytania: Co mój obiekt westchnień teraz robi? Czy o mnie myśli? Czy mnie kocha? Tak, proszę państwa, tak w człowieku, w tzw. naturalnym cyklu rozwojowym rodzi się fascynacja psychologią. Niekiedy się zatrzymuje, a niekiedy rozwija i powstaję z tego blogi nie blogi….
            Niemniej pytam ludzi co robią i nadal mnie to ciekawi. Takie zwykłe „co tam?”  mnie naprawdę interesuje z ludzko-naukowego punktu widzenia. Wiem, że zawsze coś robimy i zawsze nam ta czynność coś daje. Człowiek powinien dążyć do optymalizacji, żeby zaspokajać swoje potrzeby i tworzyć sobie świat zewnętrzny możliwie najszybciej i najskuteczniej. To się nazywa organizacja czasu, zarządzanie czasem, zarządzanie sobą w czasie i w ogóle ma różne nazwy. W sumie pisałem o tym już w ramach psychologii sukcesu, jednak tym razem opiszę moje wakacyjne refleksję nad praktycznym aspektem samo(dez)organizacji. Czyli jak zawsze z refleksjami – powtórka i dorzucenie czegoś nowego z bardziej osobistego punktu widzenia.

Praca

            Człowiek uwielbia pracować. Naprawdę. Ludzie kochają coś robić, ale tylko wtedy, gdy im się chce. Człowiek pod wpływem emocji robi aż miło i jeszcze jest z tego zadowolony, dlatego tak dużo mówi się o motywacji. W każdym razie, z różnych powodów, z różnych emocji coś robimy. W zależności od osobowości dana osoba potrzebuje mniej lub więcej powodów, by robić, zgodnie z prawem Yerkersa-Dodsona, które doskonale znacie.  Osobiście mam problem, bo mi się nie chce, mam za małą stymulację zewnętrzną i tęsknię do roku szkolnego (już akademickiego), w którym jest ona większa (z różnych przyczyn). Jedną z nich jest, że jak się coś zacznie, to automatycznie człowiek dostaje trochę motywacji do kontynuacji i antymotywację do zerwania (głupio by było to zostawić nieskończone). Takie dość zaawansowane ustawienia psychologii emocji, nad którymi muszę jeszcze trochę popracować, żeby je Wam opisać.

Marzenia

            Ok, zabrać się, ale za co? Marzenia bardzo pomagają człowiekowi, bo wyznaczają cele. Te emocjonalne cele, które tak bardzo chce się robić. O tym chyba najpełniej mówił Walkiewicz, pokazując wszelkie oblicza realizowania marzeń. W większości chodzi o przechodzenie pewnych typowych dla większości ludzi barier, etapów życia. Ich zaliczenie jest w momencie przechodzenia wysoce emocjonalne, potem często wspominane a na ogół przyczynia się do poprawy ogólnego dobrostanu, zazwyczaj natury ekonomiczno-prawnej. Takie rzeczy jak: dorosłość prawna, matura, prawo jazdy, własne mieszkanie, małżeństwo, pierwsza, własna praca i inne działanie związane z powołaniem, dzieci, emerytura. Posługując się gamerską terminologią achievementy.
No właśnie, za co się zabrać? Dziś Jacek będzie nam jeszcze towarzyszyć. 

„There are some things in life that you cannot change and you’ve got to live with.”

Niekiedy mimochodem. Cytując Kaczmarskiego „Mimochodem znaczy, że zdajemy sobie sprawę, że w życiu coś zaszło, co tym życiu decyduje, natomiast nie możemy już nic na to poradzić.” Napisałeś maturę i już nic z tym nie zrobisz. Dziewczyna wyjechała i nic z tym nie zrobisz. Starzejesz się i nic z tym nie zrobisz. Nie masz rąk ani nóg i nic z tym nie zrobisz. Taki determinizm. Ale możesz zmienić podejście, zrobić, coś na co masz wpływ. I to jest piękne!  

Plany

            Plany, czyli marzenia obdarte z godności, poetyckości, przetłumaczone na język codzienności, niekiedy bardzo brutalnie. Każdy dzień jednak jest wyzwaniem, nowym czasem danym by go odpowiednio zagospodarować. Dlatego tak ważny jest plan dnia, lista zadań. Zarówno porządkuje jak i motywuje, trudno się jej sprzeciwić. Jednak czasem nie ma listy czym wypełnić – zostają same nudne zadania, których się robić zwyczajnie nie chce. Zauważyłem ciekawa prawidłowość: gdy danego dnia występuje jedno zadanie, które chce się wykonać, automatycznie inne robimy chętniej, jesteśmy do nich bardziej zmotywowani.  „A tak w ogóle to mi się nie chce.”
Obiecałem Jacka, jest i Jacek! Z płyty "Mimochodem".

Męskość hartowana w tęsknocie

            Tęsknota to takie dziwne uczucie, pomieszanie smutku i nadziei. Dotyczy osób (ta najczęstsza forma), ale także czynności, wydarzeń czy innych emocji. Z jednej strony uświadamiamy sobie brak czegoś/ kogoś, a z drugiej mamy nadzieje, że niebawem przyjdzie. Oczywiście w kulturze najbardziej utrwalił się model tęsknoty za ukochaną/ukochanym i to jest zrozumiałe. Jednak psychologia wskazuje jasno, że tęsknota ujawnia się tylko w momentach, gdy nasz mózg się zajmuje czymś mało emocjonalnym, najczęściej podczas odpoczynku. Zwłaszcza w wakacje, które są dla mnie (i innych zapewne też), niestety, jednym wielkim odpoczynkiem. Człowiek tęskniący chce zapomnieć o smutku (no bo to jednak smutek – nie lubimy go) i na różne sposoby przeciwdziała. Przedstawię jeden, bardzo trudny i piękny.
            Najłatwiej jest zapomnieć, rzucić się w wir czasozapychaczy, by stłumić wszelkie myśli i emocje, przeżyć flow. I to jest bardzo dobre, o ile ów czasozapychacz okaże się istotnie przydatny pod względem zaspokojenia potrzeb. Problem w tym, żeby nie dać się „próżnej atrakcyjności” i przeznaczyć czas tak, żeby nic nie stracić, a zyskać. Bo większość bywa szkodliwa np. alkoholizm, seksoholizm, narkomania, uzależnienie od gier komputerowych czy pieniężnych, pracoholizm. Mnóstwo. Prawdziwa moc człowieka (niestety, nie posiadam jej jak się ostatnio zorientowałem) polega na tym, żeby najpierw wybrać możliwe najprzydatniejsze działanie, a następnie zacząć je wykonywać. Na tym także polega męskość – postawić się, wewnętrznie, zbuntować przeciwko wszelkim formom uzależnień („próżnej atrakcyjności” – lubię ten cytat z mojego wiersza) i  nauczyć samemu rządzić swoim czasem. Jest to bardzo trudne i hartuje właśnie wtedy, kiedy nikt nas do niczego nie zmusza, kiedy nie ma zajmującej pracy.  
No, to już wiem o czym śpiewa Lana i z autopsji i z psychologicznego punktu widzenia.     

Religia

            Chyba zaczynam coraz szerzej myśleć o religii chrześcijańskiej i o Kościele katolickim. Jednocześnie inaczej niż większość oraz bardziej się do owego Kościoła przywiązując. Kiedyś Wam pisałem o związku moralności (prawa wiecznego) z życiem duchowym oraz o bardzo ważnej psychologicznej roli religii. Teraz zastanowiłem się nad źródłami owej filozofii, etyki (chrześcijańskiej tudzież katolickiej). Mówi się, że zasadniczym jej źródłem jest Biblia. Jakkolwiek tłumaczona i przeinaczana, to pozostaje całkiem legitymacyjne. W Kościele katolickim jest to także Tradycja, pisma doktorów Kościoła, encykliki, mniej więcej w takiej kolejności. Za te elementy odłączyli się wszelcy Protestanci, Świadkowie Jehowy itp. przynajmniej na płaszczyźnie źródeł wiary.
            Natomiast źródłem wiary nie jest kazanie księdza czy propaganda Radia Maryja, a już na pewno twierdzenia ks. Natanka. Chcę wszystkim tu wszem i wobec uświadomić, że:
  • To, co mówi ksiądz nie zawsze jest prawdą objawioną. Czasem na zasadzie głuchego telefonu księża mawiają bzdury i to jest ludzkie
  • To, co ludzie uznają za poglądy katolików jako sporej grupy społecznej nie zawsze się pokrywa z zarysem poglądów Kościoła katolickiego
  • Poglądy to jeszcze pół biedy, ale działania już w ogóle stoją w sprzeczności z nauką zdecydowanie za często. 
  • Kościół jest jedynie drogowskazem na drodze do zrozumienia prawa wiecznego (jedynej, najlepszej moralności). Kościół nigdy nie wymusza, ale sugeruje, zaleca. To społeczeństwo wymusza. Rozróżnijcie to!
Zachęcam to własnych poszukiwań w zakresie moralności. Po dojściu do powyższych wniosków nic z moich poglądów moralnych się nie zmieniło, a zachwyciłem się słusznością nauki katolickiej, co mnie jeszcze  bardziej zespoliło z wyznawaną filozofią. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz