Zawsze mnie interesowało to, co ludzie
robią. Jak wygląda ich plan dnia, organizacja, jak dojeżdżają do szkoły/pracy,
jak wygląda podział obowiązków w rodzinach i te sprawy. Także mnie interesowało
o czym myślą, co czują, jak wygląda ich zdanie na temat polityki, religii,
sportu. Pierwotnie ta fascynacja brała się z tego jakże werterowskiego
zapytania: Co mój obiekt westchnień teraz robi? Czy o mnie myśli? Czy mnie
kocha? Tak, proszę państwa, tak w człowieku, w tzw. naturalnym cyklu rozwojowym
rodzi się fascynacja psychologią. Niekiedy się zatrzymuje, a niekiedy rozwija i
powstaję z tego blogi nie blogi….
Niemniej pytam ludzi co robią i
nadal mnie to ciekawi. Takie zwykłe „co tam?”
mnie naprawdę interesuje z ludzko-naukowego punktu widzenia. Wiem, że
zawsze coś robimy i zawsze nam ta czynność coś daje. Człowiek powinien dążyć do
optymalizacji, żeby zaspokajać swoje potrzeby i tworzyć sobie świat zewnętrzny możliwie
najszybciej i najskuteczniej. To się nazywa organizacja czasu, zarządzanie
czasem, zarządzanie sobą w czasie i w ogóle ma różne nazwy. W sumie pisałem o
tym już w ramach psychologii sukcesu, jednak tym razem opiszę moje wakacyjne
refleksję nad praktycznym aspektem samo(dez)organizacji. Czyli jak zawsze z
refleksjami – powtórka i dorzucenie czegoś nowego z bardziej osobistego punktu
widzenia.
Praca
Człowiek uwielbia pracować.
Naprawdę. Ludzie kochają coś robić, ale tylko
wtedy, gdy im się chce. Człowiek pod wpływem emocji robi aż miło i jeszcze
jest z tego zadowolony, dlatego tak dużo mówi się o motywacji. W każdym razie,
z różnych powodów, z różnych emocji coś robimy. W zależności od osobowości dana
osoba potrzebuje mniej lub więcej powodów, by robić, zgodnie z prawem
Yerkersa-Dodsona, które doskonale znacie. Osobiście mam problem, bo mi się nie chce, mam
za małą stymulację zewnętrzną i tęsknię do roku szkolnego (już akademickiego),
w którym jest ona większa (z różnych przyczyn). Jedną z nich jest, że jak się
coś zacznie, to automatycznie człowiek dostaje trochę motywacji do kontynuacji i
antymotywację do zerwania (głupio by było to zostawić nieskończone). Takie dość
zaawansowane ustawienia psychologii emocji, nad którymi muszę jeszcze trochę
popracować, żeby je Wam opisać.
Marzenia
Ok, zabrać się, ale za co? Marzenia
bardzo pomagają człowiekowi, bo wyznaczają cele. Te emocjonalne cele, które tak
bardzo chce się robić. O tym chyba najpełniej mówił Walkiewicz, pokazując
wszelkie oblicza realizowania marzeń. W większości chodzi o przechodzenie
pewnych typowych dla większości ludzi barier, etapów życia. Ich zaliczenie jest
w momencie przechodzenia wysoce emocjonalne, potem często wspominane a na ogół
przyczynia się do poprawy ogólnego dobrostanu, zazwyczaj natury ekonomiczno-prawnej.
Takie rzeczy jak: dorosłość prawna, matura, prawo jazdy, własne mieszkanie,
małżeństwo, pierwsza, własna praca i inne działanie związane z powołaniem,
dzieci, emerytura. Posługując się gamerską terminologią achievementy.
No właśnie, za co się zabrać? Dziś Jacek będzie nam jeszcze towarzyszyć.
„There are some things in life that
you cannot change and you’ve got to live with.”
Niekiedy mimochodem. Cytując Kaczmarskiego „Mimochodem znaczy, że
zdajemy sobie sprawę, że w życiu coś zaszło, co tym życiu decyduje, natomiast
nie możemy już nic na to poradzić.” Napisałeś maturę i już nic z tym nie
zrobisz. Dziewczyna wyjechała i nic z tym nie zrobisz. Starzejesz się i nic z
tym nie zrobisz. Nie masz rąk ani nóg i nic z tym nie zrobisz. Taki determinizm. Ale możesz zmienić podejście, zrobić, coś na co masz wpływ. I to
jest piękne!
Plany
Plany, czyli marzenia obdarte z
godności, poetyckości, przetłumaczone na język codzienności, niekiedy bardzo
brutalnie. Każdy dzień jednak jest wyzwaniem, nowym czasem danym by go
odpowiednio zagospodarować. Dlatego tak ważny jest plan dnia, lista zadań.
Zarówno porządkuje jak i motywuje, trudno się jej sprzeciwić. Jednak czasem nie
ma listy czym wypełnić – zostają same nudne zadania, których się robić
zwyczajnie nie chce. Zauważyłem ciekawa prawidłowość: gdy danego dnia występuje
jedno zadanie, które chce się wykonać, automatycznie inne robimy chętniej,
jesteśmy do nich bardziej zmotywowani. „A
tak w ogóle to mi się nie chce.”
Obiecałem Jacka, jest i Jacek! Z płyty "Mimochodem".
Męskość hartowana w tęsknocie
Tęsknota to takie dziwne uczucie,
pomieszanie smutku i nadziei. Dotyczy osób (ta najczęstsza forma), ale także
czynności, wydarzeń czy innych emocji. Z jednej strony uświadamiamy sobie brak
czegoś/ kogoś, a z drugiej mamy nadzieje, że niebawem przyjdzie. Oczywiście w
kulturze najbardziej utrwalił się model tęsknoty za ukochaną/ukochanym i to
jest zrozumiałe. Jednak psychologia wskazuje jasno, że tęsknota ujawnia się tylko
w momentach, gdy nasz mózg się zajmuje czymś mało emocjonalnym, najczęściej podczas
odpoczynku. Zwłaszcza w wakacje, które są dla mnie (i innych zapewne też),
niestety, jednym wielkim odpoczynkiem. Człowiek tęskniący chce zapomnieć o
smutku (no bo to jednak smutek – nie lubimy go) i na różne sposoby
przeciwdziała. Przedstawię jeden, bardzo trudny i piękny.
Najłatwiej jest zapomnieć, rzucić się
w wir czasozapychaczy, by stłumić wszelkie myśli i emocje, przeżyć flow. I to
jest bardzo dobre, o ile ów czasozapychacz okaże się istotnie przydatny pod
względem zaspokojenia potrzeb. Problem w tym, żeby nie dać się „próżnej
atrakcyjności” i przeznaczyć czas tak, żeby nic nie stracić, a zyskać. Bo większość
bywa szkodliwa np. alkoholizm, seksoholizm, narkomania, uzależnienie od gier
komputerowych czy pieniężnych, pracoholizm. Mnóstwo. Prawdziwa moc człowieka
(niestety, nie posiadam jej jak się ostatnio zorientowałem) polega na tym, żeby
najpierw wybrać możliwe najprzydatniejsze działanie, a następnie zacząć je
wykonywać. Na tym także polega męskość – postawić się, wewnętrznie, zbuntować
przeciwko wszelkim formom uzależnień („próżnej atrakcyjności” – lubię ten cytat
z mojego wiersza) i nauczyć samemu
rządzić swoim czasem. Jest to bardzo trudne i hartuje właśnie wtedy, kiedy
nikt nas do niczego nie zmusza, kiedy nie ma zajmującej pracy.
No, to już wiem o czym śpiewa Lana i z autopsji i z psychologicznego punktu widzenia.
Religia
Chyba zaczynam coraz szerzej myśleć
o religii chrześcijańskiej i o Kościele katolickim. Jednocześnie inaczej niż
większość oraz bardziej się do owego Kościoła przywiązując. Kiedyś Wam pisałem
o związku moralności (prawa wiecznego) z życiem duchowym oraz o bardzo ważnej
psychologicznej roli religii. Teraz zastanowiłem się nad źródłami owej
filozofii, etyki (chrześcijańskiej tudzież katolickiej). Mówi się, że
zasadniczym jej źródłem jest Biblia. Jakkolwiek tłumaczona i przeinaczana, to
pozostaje całkiem legitymacyjne. W Kościele katolickim jest to także Tradycja,
pisma doktorów Kościoła, encykliki, mniej więcej w takiej kolejności. Za te
elementy odłączyli się wszelcy Protestanci, Świadkowie Jehowy itp. przynajmniej
na płaszczyźnie źródeł wiary.
Natomiast źródłem wiary nie jest
kazanie księdza czy propaganda Radia Maryja, a już na pewno twierdzenia ks. Natanka.
Chcę wszystkim tu wszem i wobec uświadomić, że:
- To, co mówi ksiądz nie zawsze jest prawdą objawioną. Czasem na
zasadzie głuchego telefonu księża mawiają bzdury i to jest ludzkie
- To, co ludzie uznają za poglądy katolików jako sporej grupy
społecznej nie zawsze się pokrywa z zarysem poglądów Kościoła katolickiego
- Poglądy to jeszcze pół biedy, ale działania już w ogóle stoją w sprzeczności z nauką zdecydowanie za często.
- Kościół jest jedynie drogowskazem na drodze do zrozumienia prawa
wiecznego (jedynej, najlepszej moralności). Kościół nigdy nie wymusza, ale
sugeruje, zaleca. To społeczeństwo wymusza. Rozróżnijcie to!
Zachęcam to własnych
poszukiwań w zakresie moralności. Po dojściu do powyższych wniosków nic z moich
poglądów moralnych się nie zmieniło, a zachwyciłem się słusznością nauki
katolickiej, co mnie jeszcze bardziej
zespoliło z wyznawaną filozofią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz