niedziela, 3 stycznia 2016

„Miłość jest decyzją troski o Twój rozwój”, czyli podsumowanie roku 2015.

            Przez większość tego roku patrzyłem na relacje i ogólnie na życie z perspektywy egoistycznej – co jest mi potrzebne. Zapomniałem przy tym o jednej, bardzo ważnej potrzebie ludzkiej, która gdzieś tam się dobijała. Erikson nazwał ją potrzebą kreatywności, co nie było zbyt szczęśliwym słowem. Jest to potrzeba wyższego rzędu w piramidzie Maslowa – chodzi o potrzebę wyrażania miłości, wspomagania drugiej osoby w rozwoju, bycia w tej postawie. Zazwyczaj czynności, które z tej postawy wynikają prowadzą do rozczarowania, bo ludzie nie chcą przyjmować miłości od drugiej osoby, bo to, na poziomie podświadomym, nieracjonalnym, zobowiązuje ich do czegoś, a zobowiązania są niefajne, zwłaszcza jak się nie wie, kim druga osoba jest dokładnie, czy warto jej coś obiecywać, się o nią starać. Często są to też czynności bolesne, bo wymagają upominania, karania, komunikowania o swoich negatywnych emocjach. Uczenie się odpowiedniego wyrażania miłości stanowi zadanie na całe życie i to nie tylko dla trenerów, coachów itp.
Złapała poezyjna łezka Ks Twardowski "Tak mało"
Jest miłość
za nic
nie chce listów
spotkań
cielęciny bez kości
piernika
ani form wyklepanych
jelenie przy spotkaniu kłaniają się rogami
ani głosu w telefonie
- zapnij palto żeby nie zatkało
tak mało potrzeba tak mało

jest wielka miłość
uczyła święta babcia
pozostaję jej wierny
miłość za Bóg zapłać

To czym w końcu jest ta miłość?

            Ta refleksja spowodowana wysłuchaniem ks. Dziewieckiego (link w zakładce „moja misja”), nieomalże bezpośrednio popchnęła mnie do wznowienia bloga. Nie tylko dla budowania marki, co mi się przyda w karierze psychologa, jakakolwiek by ona nie była. Ludzi trzeba uczyć miłości. Większość relacji się rozpada, ma problemu właśnie dlatego, że jedna bądź dwie osoby nie przyjmują tej postawy, a nawet jeśli, to nie używają właściwych metod, zachowań. Nie kochają Boga, siebie, drugiej osoby. To najważniejsza myśl chrześcijaństwa, największe przykazanie i to z niego będziemy rozliczani. Stanowi także pomysł na życie. I wiecie, współczesne, europejskie męczeństwo nie polega na oddawania życia czy cierpieniu więzienia czy nawet wyobcowania z powodu wiary. Polega właśnie na okazywaniu miłości i nie otrzymywania nic w zamian. Ksiądz Twardowski nazwał to miłością za Bóg zapłać. Emocjonalnie to boli mocno, odrzucenie. Natomiast życie polega na tym, by ryzykować, by szukać swoich szans stworzenia relacji czy pomocy komuś. Nawet jeżeli większość prób się nie powiedzie.
Optymistycznie - o tym, że czasem warto jednak zagadać. ;)
 (Ayreon nie był mistrzem w kręceniu teledysków...)

Żadnego seksu przed ślubem czy ślubu przed seksem?

            Zebrałem także sporo refleksji na temat seksualności, cały czas poruszając się blisko tematyki relacji międzyludzkich, co ze względu na mój wiek jest zrozumiałe. Oddzielenie zobowiązania miłości i podniecenia seksualnego prowadzi do dramatów. Już nawet nie chodzi o skrajności typu gwałty, aborcje czy molestowania. Jeżeli dwoje ludzi uprawia seks z własnej, nieprzymuszonej woli, z podniecenia seksualnego (które nie tak trudno wytworzyć), ale bez zobowiązania, to ten seks nie wychodzi. Człowiek bez postawy, przywiązania myśli penisem/łechtaczką, czyli egoistycznie, więc ani trochę nie dba o drugą osobę. Dobra, można się umówić i dokładnie, egoistycznie zaspokajać swoje potrzeby i będzie ok. Ano – nie będzie. Dlaczego? Bo seks wytwarza mnóstwo oksytocyny, hormonu przywiązania. Przywiązujemy się do osoby, z którą nic nie planujemy, która często w ogóle do nas nie pasuje. Powoduje to sytuację fatalnego zauroczenia w osobie, z którą nie stworzymy relacji. To prawdziwa tragedia.

To kiedy ten seks?

            Moralność chrześcijańska głęboko rozumie ludzką psychikę, choć niekiedy popełnia błędy, ale to nie temat na teraz. Ślub rozumiany jest jako ostateczne i oficjalne zobowiązanie do wspomnianej wcześniej miłości. Chodzi właśnie o wyzbycie się seksualności nie opartej na niej właśnie, bo wiemy do jak trudnych sytuacji ona prowadzi. Wraz z ilością różnych rzeczy, które się razem robi w relacji, wzrastają rzeczy, do których się zobowiązujemy. W przypadku relacji koleżeńskich, przyjacielskich rozumiemy to całkiem zgrabnie z powodu edukacji kulturowej i podświadomości. Chętnie podejmujemy zobowiązania w stylu: umówię się raz w miesiącu na piwo, nie będę obgadywał, opowiem o swoim życiu. Im dalej w las, tym większe kłopoty.

„Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie…”

Tak, jestem katolikiem. Wierzącym, praktykującym, błądzącym, grzeszącym. Raz bliżej Boga, raz dalej. Szukam swojego miejsca w Kościele, swojej duchowości. Staram się godzić psychologię z wiarą, co nieraz pomaga w życiu, ale stanowi niezła gimnastykę intelektualną. Także ten blog, siłą rzeczy, będzie katolicki. Natomiast w psychologii nie ma religii, moralności, etyki. Uważam, że człowieka najpierw trzeba zaprowadzić do dobrego życia, a potem do Boga. Jak jest odwrotnie, to powstają różne fanatyzmy, które z religią mają tyle wspólnego, ile Artur Schopenhauer z optymizmem.
Powoli staję się katotradsem...

Ad rem


            Dobrze, ale miało być podsumowanie roku. Oczywiście zdobyte refleksje mocno ten rok podsumowują, pokazując moje życie z perspektywy tego, o czym myślałem, co było dla mnie ważne. Dominuje myśl o nieudanych relacjach właśnie z powodu braku owej postawy, ale też wielu innych czynników. Poza tym zgłębianie ludzkiej seksualności, własnych fetyszów (jakże dramatycznie mieć nieakceptowane społecznie fetysze!).A teraz pokrótce o wspomnieniach. Był finał LM w Berlinie, siatkówka, radio. Piszę ten artykuł w przededniu zmagań Polaków o IO, także w Berlinie. Nie można nie wspomnieć o wybitnej produkcji jaką jest Wiedźmin 3, która napełniła wiele godzin mojego życia radością. Rok zakończyłem jednak bardzo dobrze, owocnymi refleksjami. Wiem, co było źle. Teraz czas na odpoczynek od relacji, pracę nad sobą, blogowanie, uczenie się, a potem…zobaczymy.  
Jest nadzieja! Przyjaźń to potężna siła, a tak zapomniana....


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Przygotowania do sesji

            Miałem nic nie pisać, ale zmieniłem zdanie. Dopadła mnie przedsesyjna melancholia – stan psychiczny o złożonej strukturze, który mam zamiar opisać. Dziś tekst krótki, acz treściwy i, myślę, przydatny.

Trzeba się uczyć…

            Z takiego założenia wychodzi większość studentów, gdy zbliża jakakolwiek forma sprawdzenia ich wiedzy. Z racji, że przez większość czasu form takowych nie ma bądź jest niewiele, sesja stanowi stan wyjątkowy. Uczenie się na studiach to też coś innego. Zanim się człowiek zabierze do właściwej czynności, musi znaleźć materiały, co bywa niełatwe, zabiera czas i energię. Jednak z uczeniem bywa tak, że jest ono tym, co się powinno robić, i wtedy właśnie wszystko inne staje się niesamowicie atrakcyjne. Stąd zauważalny wśród znajomych w ostatnim czasie wzrost aktywności na Facebooku.
Tyle dobrych obrazków było, że nie wiedziałem na co się zdecydować...

Ech, te ludzie…

            Dobrze wiemy, przynajmniej ci, co regularnie czytają tego bloga, że aby robić coś skutecznie, trzeba mieć zaspokojone inne potrzeby. Zwłaszcza społeczne, które w trakcie przygotowań do egzaminów leżą i kwiczą, bo trzeba się uczyć. Nie robimy tego skutecznie, bo potrzeby społeczne kaput. I koło się zamyka. Ludzie jednak, na ogół, nie ogarniają tej, jakże prostej zależności i nie chcą się spotykać.

Melancholia przedsesyjna

            Jest to zjawisko związane właśnie z świadomością zbliżającej się weryfikacji wiedzy. Wzrasta wtedy nagle ilość zadań, a człowiek uświadamia sobie swoją małość oraz, wspomniane powyżej, braki osobowościowe. Duża ilość pracy bywa skutecznym panaceum na dolegliwości psychiczne kiedy ściśle wiąże się z działaniem, z flow. Gdy tak nie jest, tylko przygnębia, uświadamia braki w potrzebach i…jest smutno.

Metodologia rozwiązywania testów

            Ok, wiedza jest ważna, studiowanie super, ale egzamin trzeba zdać, nie ma wyjścia. Miejsce, w którym zdawanie staje się ważniejsze od studiowania jest patologią, ale druga, choć rzadszą jest posiadanie wiedzy niezbędnej do egzaminu i niezdanie go. Dlaczego? Bo dobrało się złą metodę rozwiązywania. Zwłaszcza nazistowskie to jest na naszych maturach. Na studiach nieocenioną pomocą w tym wszystkim są studenci starszych roczników, którzy wiedzą, że za nieudzielenie odpowiedzi na pytanie z czterema możliwościami i jedna prawidłową dostaje się trzy punkty. Na przykład.

„Młodość w bibliotekach”

            Elektronizacja materiałów pozwala się uczyć w domu, co stanowi znaczące ułatwienie. Niemniej czytanie i poznawanie wiedzy to dla mnie wielka i niekończąca się przygoda, podróż. „Miejsce swoje odnalazłem i na miejscu siedzę mocno” mogę po semestrze studiowania z pełną świadomością i dumą powiedzieć. Świadomość własnej małości i niewiedzy oraz chęć chłonięcia są piękne i potężne. Życzę tego każdemu człowiekowi. Tylko, żeby się skończyło lepiej niż tu: 

            Na koniec (szybko, co nie?) przedstawię kilka rad, z mojej ułomnej i kiepskiej wiedzy na temat psychologii poznawczej, jak się skutecznie uczyć:
  • Systematyczność, ale chyba o tym, że codziennie po trochu, nie muszę wspominać, bo wszyscy wiedzą
  • Kiedy się chce uczyć, albo kiedy się mało nie chce. Podejście bezpośrednio wpływa na ilość zapamiętywanych informacji. Najlepiej w ogóle się fascynować lekturą i przeżywać flow, ale bądźmy realistami…
  • Zadbać odpowiednią liczbę bodźców „rozpraszających”. Niektórzy uczą się dobrze, z włączoną, muzyką i telewizorem, inni potrzebują całkowitej ciszy. Należy więc ułożyć sobie środowisko zewnętrzne. W psychologii nazywamy to sensoristazą.
  • Uczyć się seriami, nie wszystko na raz, robić przerwy, zajmować się innymi rzeczami. Nie brać za dużo materiału z jednego przedmiotu na raz, nawet na kilka serii, bo nam zbrzydnie. Nie można dać swojemu mózgowi zmęczyć się, bo będzie mniej chłonny. Z kolei zbyt krótkie serie spowodują, że mózg się nie rozgrzeje i też będzie mało skuteczny
  • Zadbać o inne potrzeby – najeść się, napić, wyspać, odpowiednia temperatura, wspomniane potrzeby społeczne.
  • Myśleć i powtarzać, wyobrażać sobie, widzieć w ludziach, kojarzyć. Właściwy proces uczenia „na zawsze” zachodzi nie poprzez kilkakrotne sięganie do książek, ale poprzez myślenie o tym, czego się dowiedziało.
  • Pozytywnie!

środa, 7 stycznia 2015

"I will reignite", czyli podsumowanie roku 2014

            Niewątpliwie był to najlepszy rok w moim życiu. Fascynacją sobą, drugim człowiekiem, psychologią, poszukiwanie własnego miejsca, przekonanie, że skoro jestem szczęśliwy, to jestem najlepszy. Potem początek studiów i wszystko prysło jak mydlana bańka. Okazało się, że będąc jedną z bardziej lubianych i szanowanych osób w liceum teraz stałem się normalny, nikt mnie nie zna, nie jestem atrakcyjny, za młody, sam  pośród zazwyczaj zimnych ludzi. Coraz bardziej się przekonuję jak ważni w życiu są inni ludzie, jak mocno na nas wpływają. Widzę też ile tak naprawdę nie wiem, nie umiem i mnie to przeraża. Niby jesteś na tym MISHu, niby masz dziewczynę, niby robisz dokładnie to, o czym marzyłeś, co jeszcze rok temu wydawało się niedościgłym ideałem...I dobrze, że tak się stało, jednak podróż, nauka, kształtowanie życia trwa nadal i właśnie dlatego, że trudne i zmienne jest tak bardzo fascynujące.  

In the flesh 

Patrząc na rok z góry, to tyle się wydarzyło. Ojej….Na początku, 11 stycznia, to w ogóle znalazłem sobie dziewczynę. I było tak:
Potem się z nią było, uczyło, grało w snookera, chodziło do szkoły. Następnie zakończyło się edukację, napisało najpierw cudowną i jeszcze cudowniej olaną krytykę 2lo, a następnie maturę.  Matura poszła dobrze, dostałem się na MISHa, zainkasowawszy maksymalną liczbę punktów za egzamin ustny. Wakacje, nieudany kurs na prawo jazdy, przerwany z powodu wyjazdu do Poronina, kupowanie mieszkania, znajdywanie współlokatora. Z tym przedostatnim wyszło dobrze, z ostatnim mniej.  Wrześniowe Mistrzostwa Świata, zwycięstwo Polski, w które cały czas nie jestem w stanie uwierzyć. Po prostu pięknie. Po nich przenosiny do taksiegra.com i ciekawa działalność o trudnoocenialnych skutkach, ale wreszcie z poczuciem, że coś się robi, że ktoś się tym interesuje. Póki co to ambitnemu człowiekowi z pasją starcza, z czasem będzie wymagał coraz więcej…Początek studiów, zachłyśnięcie się samodzielnością, dalsze rozwijanie relacji z Emmą i całkiem sporo jesiennych refleksji. Warszawska samotność, zwłaszcza na początku, mocno mi doskwierała, i z tego powodu, niestety, to zawieranie relacji niezbyt wypaliło. Na koniec Święta z rodziną obecną i przyszłą. Okazuje się, że się nie zanudziliśmy z Emmą i przeżyliśmy ciekawą zapowiedź przyszłego życia rodzinnego. Takie wakacje, stąd brak aktywności siatkówkowych, blogowych i innych. 

"Niczym nie nastraszy ten uniwersytet cały"  

Studia są bardzo przyjemne, pożyteczne i…łatwe. Choć to ostatnie częściowo zweryfikuje pierwsza sesja. Na pewno dam znać o ocenach.  Dużo się w każdym razie dowiedziałem dzięki empirycznym naukom o człowieku. A studenci…dużo ich, mało im zależy na studiowaniu, raczej tylko na dyplomach. Poziom zdolności intelektualnych i społecznych różny, choć u MISHowców znacząco wyższy niż wśród studentów innych kierunków. Oczywiście, mogę być zmylony przez złe dobranie próby, tendencyjność osobistą czy wiele innych problemów metodologicznych, więc niech to będzie opinia jakich wiele. Także Jacek jak zawsze celnie rzecz przewidział:

"Here we are now, entartain us." 

Jest nudno.  Tyle zrobiłem już w tym roku, że teraz zostało bardzo mało do pracy, ale zawsze coś. Trudno się natomiast do tego zebrać, mając bardzo wysokie zapotrzebowanie na stymulację. Nie wiem jeszcze dokąd mnie to zaprowadzi, jest to cecha, która może uczynić ze mnie tak wielkiego człowieka, jak i uzależnionego od rozmaitych substancji czy czynności. Jest też trzecia droga - praca nad sobą, zarządzanie emocjami, potęga wewnętrznych zdolności psychicznych. Bardzo trudna droga, wymagająca naprawdę dużo pomysłu, kreatywności i wysiłku. Ale, czego się w życiu nie robiło?!  

"Thank you for the music!" 

Więcej refleksji dotyczących warszawskiego, studenckiego życia czy psychologii ściśle zawrę w osobnych tekstach, żeby nie pominąć ważnych szczegółów. Wielokrotnie pisałem już o tym jak bardzo relacje wpływają na człowieka i w sumie nie chce mi się powtarzać. Teraz napiszę o muzyce. Od zawsze stanowiła ona swego rodzaju ucieczkę, dawczynię nadziei czy współczucia, czyli źródło potężnych emocji, a także myśli, motywów. Obawiałem się, że wzrastając w psychologiczne moce, przestanie. Na szczęście, myliłem się. Stało się wręcz odwrotnie - jestem teraz bardziej wrażliwy na artyzm, zdolny wczuć się w sytuację podmiotu, ocenić i wyjaśnić wszystko psychologicznie. Umiem też lepiej wyszukiwać wszelką maestrię, wyzbywając się różnego typu szmelcu. I to maestrię różnogatunkową. Podobnie się stało z grami komputerowymi. Teraz moje ambicję kieruję w stronę przechodzenia inspirujących, trudnych, klasycznych, pięknych historii, a nie rozrywki, odpoczynku, choć są one, oczywiście, bardzo ważne w życiu. Kwestia proporcji.  O grach, swoją drogą, też mam zamiar coś napisać. 

Marzenia się spełnia 

Jeśli ktoś chce zostać Mistrzem Olimpijskim, zostaje Mistrzem Olimpijskim. Jeśli ktoś chce wygrać MŚ w siatkówce, to je wygrywa. Jeśli ktoś chce zostać psychologiem, to zostaje psychologiem. Całe życie polega na spełnianiu marzeń, a jego trudność i ciekawość polega na drodze do tych celów, niekiedy zbyt ambitnych, często jednak za mało. Trudność jest atrakcyjna, stanowi wyzwanie. Zarówno jeśli chodzi o trudność w postaci zadań do wykonania, jak i trudność polegającą na konieczności powtarzania nudnych czynności. To drugie w sumie bardziej dotyczy konieczności pracy nad sobą. Ta to całożyciowe wyzwanie - ideał, którego nigdy się nie osiągnie, ale trzeba doń dążyć.  

"A może by tak spocząć…" 

Kolejną bardzo ważną refleksją zebraną pod koniec tego roku jest teza, że szczęście, choć bardzo istotne samo w sobie nie jest celem całego życia. Z czasem się ono przekształca w lenistwo i spoczywanie na laurach, co automatycznie powoduje dyskomfort. Celem życia człowieka jest osiąganie coraz więcej, doskonalenie się. Gdy człowiek zaspokoi wszystkie swoi potrzeby, czuje się naprawdę dobrze - dumny, usatysfakcjonowany, spełniony. Siada, korzysta z efektów swojej pracy i myśli…co by tu poprawić. Taki piękny stan spotkał mnie w te Święta. Nie było wielkich uniesień ognistej radości opisywanej w piosenkach o miłości - była taka pełnia, poczucie, że niczego mi nie brakuje, że wszystko jest świetnie, że sobie to wypracowałem. Można odpocząć, a potem wrócić do pracy. 

Ale nie ja! (mam nadzieję)

 Wysprzątać swój czas

Świat kusi. Różne, bardzo atrakcyjne, w gruncie rzeczy wizje próżności zatruwają nasze umysły. Trudno odróżnić to, do czego warto dążyć od tego, co sprawi, że się nie najemy, a poczujemy jeszcze bardziej głodni, zmarnowawszy czas i siły na polowaniu. Niestety, w tę ostatnią kategorią ludzie, w tym i ja, wpadają bardzo często. Teologowie nazywają to grzechem, filozofowie czynem niemoralnym, nieetycznym. Stosują jednak o wiele bardziej złożone kryteria. Ale to pierwsze, podstawowe – kryterium opłacalności i drugie polegające na tym, że będziemy ze zrobienia tego w przyszłości dumni, nie będziemy się wstydzić są łatwe do zrozumienia i warto się do nich stosować. Jestem w rozdarciu. Mam przed sobą dwie niezwykle mnie podniecające, kuszące wizje pracy zawodowej. Pierwsza, psychologiczna dotyczy długiej, trudnej, choć niezwykłej drogi stawania się lekarzem ludzkich umysłów a druga, szybsza, krótsza stania się komentatorem sportowym. Staram się podążać oboma na raz, nie jest to łatwe, zajmuje sporo czasu, ale gdy uda mi się wysprzątać swój czas, wyzbyć się próżnej atrakcyjności, to kto wie…Naprawdę kocham ludzi i chcę im pomagać. Naprawdę kocham siatkówkę i chce o niej opowiadać, relacjonować, zachwycać się nią, krytykować, może kiedyś, ulepszać i reformować.  

Tak się komentuje! 

Miałem w tym roku chwilowe wypalenie siatkówką. Nie czułem tej atmosfery w redakcji, czułem się odrzucony, robiąc cały rok mecze dla nikogo, a potem okazując się za słabym na Mistrzostwa Świata. Po przenosinach do taksiegra złapałem wiatr w żagle (I will reignite), na nowo mi się zachciało, a przy okazji miałem więcej możliwości do ogarnięcia całości działu, a nie bycie nim jako ja i nikogo więcej. Poznałem (póki co, niestety, jedynie internetowo) wspaniałych ludzi, z którymi dzielę pasję i za to im serdecznie dziękuję. Był to też czas pierwszej akredytacji, pierwszego meczu z hali, bycia pod piłkobombardowaniem. Urokliwe. Tyle emocji, tyle piękna. Poza komentowaniem i sprawozdawstwem meczów radiowo na żywo, mamy też magazyn, w którym wymieniamy poglądy, dzięki temu uzupełniając się i lepiej orientując co się dzieje w świecie piłek latających nad siatką. Jesteśmy jeszcze młodzi, ale zdolni i ambitni. Chcemy zrobić (i zrobimy, a co!) coś wielkiego, przynajmniej dla nas. Będziemy sławni i bogaci, ale tylko wtedy jeśli będziemy się na czymś znali, pracowali i umieli to sprzedać.  

I to by było na tyle.

Przydałoby się jakieś podsumowanie, bo dużo tego napisałem. Na pewno był to wyjątkowy, najlepszy rok mojego życia, pełen wrażeń. Następny mam zamiar uczynić jeszcze lepszym, choć nie będzie to łatwe, bo zrealizowane cele mają to do siebie, że są zrealizowane, więc nieatrakcyjne. Trzeba się skoncentrować nad robieniem tego, co się kocha, wyzbywając próżnej atrakcyjności. Robić to piękniej, skuteczniej, mniejszym nakładem sił i tak, żeby inni o tym wiedzieli i podziwiali. I najlepiej zarobić już swoje własne pieniądze. A na zakończenie piosenka tytułowa, świetnie streszczająca moje myślenie w tym roku (piosenkowe podsumowanie roku już wkrótce, po raz pierwszy ):

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Złote myśli psychologii szczęścia - gaudete, gaudete!

            Niedziela radości, 3. Niedziela adwentu. Faktycznie jest się z czego cieszyć, bo za tydzień spotkam się z Emmą, rodziną, potem Jezus się narodzi i ogólna ekstaza. Zanim to, no to jeszcze tydzień pracy, ale od razu się sympatyczniej pracuje, mając tę świadomość zbliżającej się wielkiej radości. O ile jest ona faktycznie radością, a nie przykrą koniecznością, jak to niekiedy bywa…
Różowy ornat zawsze napełniał...radością
            Ostatni post z mego wielkiego dzieła o szczęściu. W jego ciągu sam korygowałem podejście, rzecz rodziła się w bólach, niechęciach i ogólnym kryzysie. Chciałem pisać o tym, co mnie interesuje na luzie, z pasją. Okazało się jednak że zasoby energii do pracy, zapału, ale także wiedzy i niekiedy pomysłu się wyczerpały, a uparłem się by blog wychodził cotygodniowo. Zresztą, gdyby wychodził rzadziej, to nie wiem czy w ogóle by wyszedł i w jakim kształcie. Niestety, samo pisanie nie jest już wspaniałe i cudowne, postanowiłem skończyć ten dział a potem….nie wiem. Mam jeszcze kilka pomysłów na artykułu i na pewno do końca roku nie będzie z tym kłopotu, ale potem naprawdę nie wiem.
            Pomyślałem, że warto by było raz, że podsumować cały obszerny dział (pierwotnie miał być mniejszy) a dwa, że napisać kilka „złotych myśli” tegoż obszaru psychologii. Złote myśli mają to do siebie, że bywają fałszywe czy źle interpretowane, ale za to są niezwykle szybką i łatwą do odtworzenia reprezentacja pewnych szerszych idei. 

Ach, te dziewczęta

            Człowiek jest stworzony do życia w społeczeństwie i do rozmnażania się. Są to „biologiczne mechanizmy zachowania” i tu pozdrowienia w stronę studentów psychologii. Socjobiologia po całości uważa, że człowiek, cokolwiek by nie robił, robi po to, by przekazać swoje geny dalej, ale, uwaga, niekoniecznie poprzez bezpośrednie zapładnianie. Są różne strategie, te sprawy, nie tu miejsce by się nad tym rozwodzić. W każdym razie, drogie panie, za każdym razem jak pomyślicie, że „jemu zależy tylko na seksie” pamiętajcie o tym, że wszelkie ludzkie dzieła skruszy czas, a zestaw genowy pozostanie w przyszłych pokoleniach po wieczność…I takie śpiewanie jest jak najbardziej ewolucyjne! 

            W każdym razie, tworzenie dobrych intymnych relacji jest ogromnym źródłem szczęścia i, analogicznie, wszelkie błędy i patologie w tym zakresie tworzą negatywne emocje. Przypominam, że intymne relacje są najbardziej zaawansowaną formą relacji, zajmują się największa liczbą potrzeb w tym wieloma w sposób unikatowy (niedostępny innym źródłom). Bardzo trudno o nich mówić, pojawia się wiele zmiennych, ale z drugiej strony przez nie także człowiek się dookreśla. Także twórzcie jak najwięcej relacji, podrywajcie, doskonalcie się, bo dzięki temu zwiększacie swoje umiejętności społeczne, doskonalicie się sami w sobie, doskonalicie innych ludzi no i zaspokajacie swoje potrzeby.

„Co się mówi?”

            Magiczne słowo. To dość….absurdalny temat na rozprawę psychologiczną, ale okazuje się, że poprzez podziękowanie osobom, które coś dla nas w życiu znaczyły przyczyniamy się do zarówno chwilowego jak i relatywnie stałego wzrostu szczęścia. Wyrażanie wdzięczności jest cudownym gestem, każdy by to chciał (tak myślę) usłyszeć. Natomiast dla osoby wyrażającej: radość z czyjejś radości, poczucie dumy, spełnienia, bycia w określonym momencie życia, poczucie relacji z drugą osobą na wyższym poziomie. Także jak Wam smutno, jak Wam źle, to wyślijcie maile z podziękowaniami do wszystkich ludzi, którym coś zawdzięczacie. Albo, o ile to możliwe, odwiedźcie ich osobiście. 

Odwaga

            Ostatnio zrobiło mi się bardzo smutno. Ludzie mnie hejtują (tylko to słowo ma odpowiednią semantykę) za to, że podrywam i, jednocześnie, o zgrozo, mam dziewczynę. Podrywanie to jednak akt odwagi – nie mogę znieść myśli, że kiedyś będę myślał o przyszłości i stwierdzał, że ktoś mi się podobał i nie zagadałem. Że nie zrobiłem odpowiednio dużo i dobrze w odniesieniu do mojej obecnej wiedzy i umiejętności. W różnych aspektach życia – czy to w relacjach czy w pracy zawodowej, hobby, rozwoju duchowym. Brak aprobaty jest bardzo przykry, ale efekty pozwalają mi sądzić, że robię coś pięknego i efektywnego – tworzę stałe, satysfakcjonujące, wieloaspektowe, rozwijające relacje. Psy mogą warczeć, a karawana jedzie dalej. I jak kiedyś będę słyszeć o rozwodach, problemach z relacjami, brakiem seksu małżeńskiego, miłości itd. to będę się śmiać. Było słuchać, było naśladować, było myśleć, było działać.
Psy warczą, a karawana jedzie dalej i...zarabia.

Wysiłek fizyczny

            Zastanawialiście się kiedyś co łączy zakochanych, wojsko i sportowców? Dlaczego o nich tyle się mówi, ogląda się ich w telewizorach, wzbudzają tyle emocji? Dlaczego w tych relacjach występuje tyle przyjaźni, piękna? Odpowiedź brzmi: w każdej z nich występuje ruch, wysiłek fizyczny. Jeśli wiążemy go z osobą, jakimś przedmiotem, dyscypliną, zżywamy się z nią. Jest to związane z duża ilością emocji wydzielanych w czasie wysiłku. Trzeba pamiętać, że relacja występuje nie tylko między ludźmi – może być między człowiekiem a jakimś przedmiotem czy czynnością nieożywioną. Nie ma to znaczenia – ważne są emocje obecne podczas wysiłku. Powodują one flow oraz zazwyczaj mnóstwo innych emocji. Przy nawet całkiem średnim wyregulowaniu podejścia może to być potężne źródło szczęścia, o ile zechcemy z niego skorzystać…

Codzienność

            Życie człowieka w znakomitej większości składa się z powtarzających się czynności. Dlatego tak bardzo opłaca się o te właśnie, powtarzające się czynności troszczyć. Jeśli przez dużą część dnia pracujesz, spraw, żeby przynosiła Ci ta praca przyjemność, doświadczenie i satysfakcję. Jeśli się uczysz, rób to chętnie i skutecznie. Jeśli żyjesz w związku małżeńskim, niech on także będzie dla Ciebie źródłem wsparcia a nie problemów. Odpowiednie podejście pozwala nam mieć źródło żądanych emocji w tym, czego i tak doświadczamy ze środowiska. Innymi słowo, skoro coś jest, to dlaczego zeń nie skorzystać? 
W końcu, co da nam więcej szczęścia od bycia gwiazdą rocka. Oh, wait...

wtorek, 9 grudnia 2014

Po co to wszystko? O konsekwencjach (nie)bycia szczęśliwym

            Znowu we wtorek, ale jest i nowy post. No, w sumie nie wiem czy w zegarowym wtorku się zmieszczę. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałem doła (melancholię, chandrę). Trwał on o czwartku wieczora do…teraz chyba niestety. Jest związany z głupota ludzi uważających podrywanie za wysoce bardziej naganne od cichej, domowej masturbacji przy porno, potem zachorowałem fizycznie, a i na to nałożyły się inne kłopoty, które uwielbiają się do mnie przyczepiać jak tylko zanika choćby odrobina szczęścia, czyli ostatnio często. Nawet psychologom się zdarza, każdemu się zdarza. „Ale, jak to u nas mówią, przecież nie ma tego złego.” Trochę refleksji z tego wyniosłem, chyba jak zawsze, gdy mi smutno, gdy mi źle. Więc bierzcie i czytajcie z tego wszyscy! 
            Obserwowanie ludzi to jedno z moich ulubionych zajęć. Często uśmiecham się do niektórych w środkach komunikacji miejskiej. Bo wiecie, pozytywne emocje łatwo zauważyć, wywołać i są one, bardzo niedokładnym, ale jednak prostym probierzem jakości człowieka. Mówią o tym jak sobie radzi z życiem czy odnosi sukcesy. Oczywiście, dziś może być smutny, bo mu matka zmarła, ale ogólnie rzecz biorąc, średnio wydaje mi się dość dobrą miarą. A obserwowanie ludzi w autobusie zawsze lubiłem:

Ambitnie.

            Ogólny dobrostan jest zarówno efektem jak i przyczyną osiągania sukcesów w rozmaitych aspektach życia. Ludzie szczęśliwsi lepiej się uczą, tworzą lepsze relacje, wydajniej pracują, są bardziej kreatywni. Z jednej strony, skoro załatwimy już pewne sprawy związane z jednymi aspektami, możemy zająć się innymi i nam się bardziej chce, bo czujemy, że możemy, mamy poczucie sprawczości.
            Czy to, co napisałem jest zawsze prawdą? Ano, nie. Wróćmy do tego po co są kolejne emocje. Pozytywne mówią, że wszystko jest dobrze, kontynuuj w ten sposób. Czyli jeśli będziemy mieli same pozytywne emocje, to umrzemy z głodu, pragnienia itd., bo nie będzie nam się chciało nic zrobić, skoro wszystko jest dobrze. Potwierdza to eksperyment, w którym podłączono szczury to aparatury, którą mogły dowolnie aktywować. Ona zaś podrażniała ośrodki przyjemności w ich mózgach. Szczury tak długo ją aktywowały aż zdechły. Negatywne emocje mówią nam, że coś jest nie w porządku, tym samym pchając do pracy. Dlatego potrzebne nam są oba typy emocji, w odpowiednich proporcjach. I z tego wyprowadzam odważną tezę, że liczy się nie tyle ilość i jakość emocji w danym momencie, ale podejście do bodźców z środowiska, zarządzanie nimi. Czyli może zamiast być szczęśliwym warto wiedzieć, jak można się uszczęśliwić, gdy akurat tego potrzeba. I analogicznie, wiedzieć jak się wkurzyć, gdy trzeba się brać do roboty.
Ale nikt nie mówi w jakich emocjach. 

„Zdrowia życzę.”

            Pamiętacie jak pisałem, że bycie szczęśliwym to ewolucyjne uwarunkowanie pozwalające przetrwać? Tak jest – nie tylko ludzie, ale i zwierzęta z dużą ilością pozytywnych emocji, niewielką stresu (tak, zwierzęta mają emocje!) są zdrowsze, mają silniejszą odporność, rzadziej zapadają na nowotwory, choroby układu sercowego i naczyniowego. Szczęście jest zdrowe!
            Podobnie rzecz wygląda z chorobami psychicznymi. Lekarze od dawna uważają podejście pacjenta jako jedne z ważniejszych warunków skuteczności leczenia. Większość chorób ma podłoże psychiczne. Nawet całkiem trudno odróżnić warstwę psychiczną od tej ściśle biologiczne – obie na siebie oddziałują. Najczęstszym czynnikiem depresjogennym jest (uwaga, zaskoczenie!) częste bycie smutnym , a wszelkie nerwice biorą się z niewyregulowanego poziomu stresu czy ogólnie patologicznej emocjonalności. Oczywiście, nie mówię, że wszyscy chorzy psychicznie byli kiedyś smutnymi ludźmi i że TYLKO to wpływa na zdrowie psychiczne, ale ogólny dobrostan organizmu jest bardzo ważnym czynnikiem. Nie mówię też, że wszyscy chronicznie smutni zaraz umrą na coś paskudnego, ale jest na to spora szansa.

„Jestem już zmęczony. To nie był dobry dzień.”

            Budzicie się czasem z myślą „to będzie wspaniały dzień, idę zdobywać świat”. Nie? A mi się zdarzało. Ostatnio zrozumiałem jak bardzo czynniki zewnętrzne są w stanie, choćby chwilowo zmienić nasze podejście do życia. Jeśli zostaniemy zasypani negatywnymi bodźcami, automatycznie mnóstwo rzeczy sprawiających nam przyjemność zaczyna nas denerwować. Dlatego ważne jest budowanie szczęścia na stałych, stabilnych źródłach wewnętrznych i zewnętrznych. Człowiek ma w sobie olbrzymią, potencjalną chęć życia, motywację i pozytywna wizję przyszłości. Ujawnia się ona w dwóch momentach: kiedy życie jest poważnie zagrożone oraz kiedy dostajemy przypływu pozytywnych emocji. 
Wspominałem już o źródłach zewnętrznych, ale dla przypomnienia...

Socjologia szczęścia

            Ależ się będę czepiał tej ewolucji! Nie bez powodu. Ostatnim elementem są efekty badania średniego poziomu szczęścia państw i narodów. I gdzie ludzie są najszczęśliwsi? Paryż, Rzym, Nowy Jork, Szanghaj, Pekin? Nie. Najszczęśliwsi są w krajach skandynawskich, na Syberii. Dlaczego? Bo tam wysoki poziom szczęścia był niezbędny do przetrwania. Trudne warunku życiowe spowodowały, że ludzie  bez szczęścia, a więc słabsi, schorowani czy zwyczajnie niezadowoleni pomarli bądź wyjechali, a zostali szczęśliwsi, umiejący sobie radzić w takich warunkach, znajdujący źródła szczęścia w prostych, małych rzeczach. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Duchowość i moralność - początek adwentu

Liczba wyświetleń bloga osiągnęła 8 tysięcy. Jeej! Niedługo setny post, więc brace yourselves.  tak mało, choć niektórzy znajomi motywują mnie do pisania. Tekstu nie zdążyłem skończyć w weekend, bo był upojny z Ukochaną, w poniedziałek, bo mi się nie chciało, ale jest dziś. Przekonują się coraz bardziej jak szczęście wpływa na pozornie niezwiązane z nim aspekty życia jak...odczuwanie temperatury na dworze. Rusza tura rejestracji na następny semestr, więc przede mną czas układania planu tak, żeby jak najwięcej się nauczyć i pozdawać. A do sesji czasu coraz mniej...Uczę się chętnie i w miarę pilnie. Dziś o duchowości i moralności. Bardzo trudny temat. Przede wszystkim dlatego, że moja wiedza na temat religii jest słaba, a i budzie wielkie emocje we współczesnym świecie....
Najwyżej w sześcioaspektowej teorii szczęścia stoi duchowość. Jest to aspekt jednocześnie najpotężniejszy i najtrudniejszy. Uświadamiamy sobie jej potrzebę, gdy niższe są już zaspokojone i już stąd wiemy dlaczego ludzie tak rzadko rozważają aspekty wiary czy religii.  Ponadto jest to aspekt najbardziej złożony (bardziej niż relacje) i niezbadany, bo poziom przeżyć duchowych jest niemierzalny. Jednak materiału dowodowego to wytaczania hipotez drogą quasi-empiryczną mamy mnóstwo. Oprócz mniej lub bardziej świętych tekstów mniej lub bardziej znanych wyznań, należy popatrzeć na ogólny poziom szczęścia i sukcesu wśród osób wierzących i niewierzących, pomijając fakt w co.   

Szczęście a rozwój duchowy 

Między tymi słowami można postawić znak podwójnego wynikania. Z jednej strony szczęście (zazwyczaj) pomaga w rozwoju duchowym, a z drugiej zaspokajanie potrzeb dziś wymienionych zwiększa w naturalny sposób poziom szczęścia. Tekst będzie miał charakter rozwojowy: najpierw poruszę kwestie dotyczące łatwiejszych, powszechniejszych aspektów życia, a potem, od nich, płynnie przejdę do trudniejszych, z zastrzeżeniem, że żeby poradzić sobie z trudniejszymi trzeba mieć mniej więcej ułożone łatwiejsze.  

Obyczajowość 

Umiejętność życia zgodnie z ogólnie przyjętymi normami. Nie może być szczęśliwym człowiek, który dla zasady buntuje się przeciw wszystkim ogólnie panującym normom. Bunt jest dobry, gdy prowadzi do zmiany, ma coś na celu, zazwyczaj rozwój czy wprowadzenie dobra. Obyczajowość to zdolność do ulegania temu, czego nas nauczono, ale tylko temu, co nie jest szkodliwe. Jej brak prowadzi do ostracyzmu społecznego, alienacji, poczucia odrzucenia przez grupę czy nawet jednostkę zaś nadmiar podobnie, bo nikt nie lubi małp podążających za każdym trendem. Ponadto nie wszystkie trendy są korzystne dla zaspokajania potrzeb czy rozwoju.  

Moralność 

Moralność jest pojęciem bardziej zaawansowanym niż obyczajowość. Rozróżniamy dwie moralności: pierwsza dotyczy przyjętych przez jednostkę definicji dobra i zła oraz zasad postępowania, a druga to jedno, wielkie, nieznane prawo wieczne stworzone przez Boga. W tym momencie zajmiemy się tą pierwszą. Niejednokrotnie spotyka się ludzi w rozterkach moralnych, którzy robią coś wbrew sobie. Cóż to właściwie znaczy? Moralność jednostki rzadko jest zgodna z jakąś określoną wykładnią etyczną (te z kolei bywają bardzo ogólne). Staje się ona "szwedzkim stołem". Dobiera się różne wartości z różnych kultur i zgodnie z nimi postępuje, a gdy tak nie jest pojawiają się nieprzyjemności. Gdy zaś w trudnej sytuacji postąpiliśmy zgodnie z wartościami - duma. W ten sposób można się u(nie)szczęśliwiać i jest to całkiem częste, powszechne i ważne. Pamiętajmy, że moralność ogólna, z której czerpią ludzie to wytwór ewolucyjny, kulturowy i sprawia on wiele korzyści, choć niekiedy bywa zgubny. Dlatego warto, mimo wszystko o tę moralność własną i ogólną dbać (żeby nie upadła) oraz ją udoskonalać.   
Dobieranie wartości na zasadzie "szwedzkiego stołu" nie zawsze jest szkodliwe. Często wykładnia danej filozofii bywa nie precyzyjna i trzeba ją uzupełnić inną, jak to chociażby święci Tomasz i Augustyn robili z Platonem i Arystotelesem. Różne filozofie świetnie uzupełniają główne założenia. Pewne rzeczy mogą się zgadzać i pasować do siebie. Pytanie, kiedy pojawia się sprzeczność pozostaje akademickie, ale czysto dla psychologii jednostki nie ma to znaczenia, jeśli nie powoduje dysonansu (co w praktyce zdarza się niezmiernie rzadko). 

Religia 

Religia składa się z dwóch ściśle powiązanych ze sobą aspektów: moralności i sfery sacrum. Stanowi efekt ewolucji człowieka, który zaczął jej potrzebować kilka tysięcy lat temu, aby uzasadniać rozmaite czynności. Rozmaite religie pojawiają się w pewnym momencie, trwają i rozwijają się na świecie do dziś (wyjątek stanowi Europa).  
Znalezione obrazy dla zapytania katedra notre dame
Taki tam przykład działania zorganizowanej religii.

Praktyki religijne 

Gdy w cywilizacji wyewoluowała religia, pojawiły się związane z nią praktyki. Po co one były? Żeby pomóc ludziom radzić sobie z trudnymi sytuacjami życiowymi (choroba, śmierć), uwypuklać doniosłe wydarzenia (małżeństwo), dawać poczucie bezpieczeństw i ponadnarodowej przynależności, wyjaśniać i uzasadniać niezrozumiałe zjawiska. To wszystko ma miejsce do dziś. Religia stała się także, a może przede wszystkim elementem kultury, wszelkie praktyki z nią związane obyczajowym obowiązek i wielu ludzi już wybiło się ponad to. I dobrze. Inna sprawa, że wtedy zapomina się o funkcjach religii i potrzebach przez nią zaspokajanych. Ale i z tym ludzkość sobie poradziła tworząc quasi-religie np. kult jednostki, konsumpcjonizm, kult ciała.  I do pewnego stopnia to spełnia zadanie…
Taki tam bóg...

Transcendencja 

            Do pewnego, bo namiastka religijności nigdy nie będzie nią w pełni. Przeżycia w pełni duchowe, religijne, boskie, niewytłumaczalnie naukowo, technologicznie, psychologicznie ludzie zwą cudami, profesjonalnie nazywa się transcendencją, czyli przenikaniem ziemskiego i pozaziemskiego wymiaru życia. Transcendencja wiąże się z doświadczeniami z wielu religii, oczywiście najpełniej znamy te chrześcijańskie. Pytanie, na które trudno sobie odpowiedzieć brzmi: czy tylko chrześcijaństwo i tylko katolicyzm? Na pewno trening duchowy wiąże się z wyrobieniem w sobie wartości moralnych, obyczajowych, silnej woli, umiejętności medytacji. Z drugiej strony, nawet Kościół katolicki mówi, że osoby innych religii mogą zostać zbawione, mogą więc też doświadczać Boga w życiu ziemskim. Inna sprawa, że wiele kultów pogańskich ma okultystyczne podłoże, sięgające do satanizmu, co także wiąże się z transcendencją. Pozostawiam czytelnikom do rozważań.

Życie duchowe 

            Postępowanie mocno i konsekwentnie w (nie)zgodzie nie z własną, ale z Bożą moralnością prowadzi do przeżyć transcendentnych. Wzmacnia je życie duchowe, polegające na modlitwie, inicjatywie człowieka, by skontaktować się ze Stwórcą. Inną rzeczą są sakramenty, które Kościół niesie ludziom i mają potężną wartość. W tym rozumieniu religia zaspokaja nie tylko wymienione wyżej potrzeby, ale także coś, czego nic innego nie jest w stanie zrobić. Efektem jest poczucie niezwykłego pokoju. Można żyć wtedy w niezwykle stresującym środowisku, codziennie stykać się ze śmiercią, ale świadomość, że Bóg jest przy mnie sprawia, że mogę doskonale wykonywać wszystkie swoje obowiązki. Nie wiem czy jest to możliwe gdziekolwiek indziej, ale w Kościele katolickim na pewno.

Podsumowanie


            I w ten sposób dobiegła końca sześcioaspektowa teoria szczęścia. Używając tego dość nieprecyzyjnego narzędzia można wyciągnąć mnóstwo wniosków, zobaczyć jakie potrzeby w nas nie są do końca zaspokojone, czego nam brakuje, czego ludziom brakuje, w jakiej kolejności kiedy i za co się biorą.  Pamiętajmy, że trudno zaspokaja się potrzeby wyższego rządu, gdy te niższego leżą i kwiczą. I jeszcze jedno: choć ideałem jest człowiek z tymi wszystkimi aspektami wyniesionymi do pełni, to w praktyce jest to niewykonalne, choć warto dążyć do ideału.

środa, 26 listopada 2014

Generatywność

Jestem szczęśliwy 
Nauczyłem się 

Trudno pisać wiersze 
Kiedyś tego dużo powstawało 
Tworzyłem 
Bolało 
Nauczyłem się  

Rozumiem ludzi 
Jestem sobą 
Prawdziwie 
Mam dziewczynę 
Kocham ją 
I ludzi wokół 
Nauczyłem się 

Wiem, co dobre 
Umiem się zmotywować do pracy 
Spełniam marzenia 
Nie mam dużo pieniędzy 
Nie przeszkadza mi to. 
Wystarczy to, co mam 
Radość najpiękniejszych lat 
Nauczyłem się 

Teoria, wszystko teoria! 

Nie można się nauczyć zmienić świat 
Trzeba pracować 
Przekazać prawdę innym 
I gdy próbuję… 
Zwątpiłem 
Bo co jest prawdą? 
To, co jest skuteczne?  
To, co niesprzeczne? 
To, co myślę, że nią jest? 

Gdyby tylko o innych chodziło… 
Ale sam sobie nie sprostam. 
Imperare sibi est maximum imperium. 
Nieraz się zawiodłem i rozczarowałem. 
Jestem zły i leniwy. 
Choć i tak dalece lepszy od ogółu. 
No i? 

Czy to uczyni mnie pięknym, mądrym, sławnym, zdrowym i bogatym? 
A może chociażby zbawionym? 
(Jeśli Bóg istnieje)? 
A może da mi sukces reprodukcyjny? 
Uczyni przykładem przyszłych pokoleń?  
Szacunek i pamięć potomnych? 
Co jeśli jutro umrę? 

Pewnie coś tam jakiś czas zostanie. 
Ludziom pomogło, pomaga, pomoże. 
Warto dbać o siebie. 
Jest to skuteczniejsze niż o innych. 
Mniej pracy. 
Więcej efektów. 

Każdy zdrowy na umyśle człowiek wątpi. 
Czasem. 
Dowodzi to jego inteligencji. 
Nie jest prawdą to, czemu nie można zaprzeczyć.  
Edukacja uniwersytecka. 

Bardzo kocham ludzi. 
Wszystkich. 
Chcę ich dobra  
Czytaj 
Upodobnienia się do mnie 
Bo uważam, że jestem najlepszy. 
A sam w to wątpię. 
Co czyni mnie lepszym od najlepszego. 
Ale nigdy idealnym 
Przynajmniej dla siebie. 

Co sam o sobie myślę nie ma znaczenia. 
Miarą człowieka jest jego praca.