niedziela, 27 kwietnia 2014

Niedziela Miłosierdzia - kanonizacja św. Jana Pawła II i św. Jana XXIII

No hej, rok blogowania ze mną. 60 postów, 4000 wyświetleń. Jedziemy dalej, zmieniłem swoje motto, jak widzicie zapewne. Działo się wiele, ale uświęcony tradycja i duchową mocą bloga, pozostający w ścisłej konotacji z Niedzielnym Tetrisem istnieje i ma się całkiem nieźle. Oczywiście będzie miał jeszcze lepiej, jak będziecie go regularnie czytać. W dzisiejszym odcinku w założeniu ostatni,(ale chyba przedostatni, bo dziś wpadłem na alkowy bulwers psychologiczno-religijny i zamierzam go wkrótce wyładować) post na temat religii. A tekst pozostaje w związku z dzisiejszym wydarzeniem historycznym, które w tytule.

Kościół drugiej połowy XX wieku

            Tekst ten będzie dotyczyć zmian, które zaszły w Kościele w drugiej połowie XX wieku. Z punktu widzenia nie tylko kto, co, ale bardziej skupię się na tym po co i z jakim skutkiem. Widzicie, historia dzieje się na naszych oczach. I będzie się działa. W każdym razie zmiany w Kościele w tym czasie były poważne, historyczne i wpłynęły na nasze życie. Warto się zastanowić czy, a jeśli tak to dlaczego najpierw Sobór watykański II, a potem, pontyfikat Jana Pawła II to uczyniły. Skupię się na kilku ważnych dla mnie kwestiach. Tekst ma charakter przekrojowy, więc pewne sprawy oczywiście ze względu na jego dziennikarskość, a nie naukowość, nie zostaną ujęte w sposób pełny i szczegółowy.

Liturgia

            Sobór watykański II wprowadził zmiany w liturgii, czyniąc ją bliższą ludziom. Ksiądz stanął przodem do wiernych, zaczął mówić w języku narodowym, a wierni mu odpowiadać. Komunia pod dwoma postaciami, nowe ornaty, formuła mszy św., wprowadzenie koncelebracji. To wszystko (w sensie zmiany, a nie sens liturgii) to jedynie teatr, ale teatr, który przybliżył widza do aktora.
Poza zmianami w liturgii, rozwinęło się wiele form aktywności świeckich, do których te zmiany miały prowadzić. Aktywności te pozostały do dziś i są obecne – np. kręgi biblijne, duszpasterstwa, chóry, szkoły katolickie, kręgi dyskusyjne. Wierni zostali dopuszczeni do głosu, z ich zdaniem zaczęto się liczyć, Kościół przestał być jedynie fasadową organizacją, obcą instytucją reprezentującą pewien pogląd na świat, a stał się, stawał się powoli kochającą matką, do której mógł przyjść każdy. Te zmiany zapoczątkował właśnie św. Jan XXIII.
Szaty liturgiczne i odwrócenie księdza. Obecnie kapłan jest jakby następcą Jezusa - najwyższego kapłana, a wcześniej był przedstawicielem ludu. 

Ekumenizm

            Ekumenizm to nurt w Kościele katolickim, uważającym się za jedyny właściwy (jak każda religia), zmierzający do nawrócenia metodą dialogu na jego wiarę innych wyznań chrześcijańskich. Chodzi o przywrócenie początkowej jedności jak we wspólnotach wczesnochrześcijańskich. Pomysł tyle fajny, co nieosiągalny, bo każdy uważa, że jego wiara jest dobra. Ale bardziej chodzi o nawiązanie kontaktów, szukanie wspólnych celów, wartości, których przecież wszystkie religie mają mnóstwo. O to, by przestać się izolować, wyjść do ludzi. Nasuwa mi się tu od razu porównanie do relacji międzyludzkich, które polegają na wzajemnym ubogacaniu się ludzi (religii) o różnych poglądach. Owo ubogacanie odbywa się na solidnej podstawie tego, co nas łączy, co razem chcemy robić, budować. A różnice…mają właśnie ubogacać, skłaniać do refleksji, a nie dzielić. W ekumenizmie nie chodzi więc o to stricte by nawrócić, ale by wyciągnąć to, co wspólne i na tym się skoncentrować i budować lepszy świat.

Pielgrzymki papieskie

            Celem zbliżenia się do ludzi Jan Paweł II zapoczątkował tradycję pielgrzymek papieskich. Jako pierwszy papież w historii wyruszył daleko poza Rzym. Spotykał się z lokalną ludnością, opowiadał o Bogu i wartościach. Był to kolejny krok w stronę przybliżenia Kościoła wiernym, tworzenia społeczności. Społeczności, dzięki której ludzie przywiązują się do danych wartości, słów, organizacji.  Jak wykazałem dwa tygodnie temu, tworzenie społeczności przyczynia się do wzrostu wiernych oraz bezpośrednio do zaspokajania większej ilości potrzeb, nie mówiąc już o rozwoju samej duchowości i pozytywnym nastawieniu do instytucji.
Spotkanie z różnymi kulturami było nie do pomyślenia dla poprzednich papieży

Światowe dni młodzieży

            Jak powszechnie wiadomo Kościół w dużej mierze przemawia do ludzi starszych. Być może ze względu na to, że zaczynają myśleć o sprawach eschatologicznych, być może dlatego, że większość potrzeb mają zaspokojonych i chcą także tych duchowych, że wiedzą więcej o świecie, być może z przymusu społecznego, przywiązania do tradycji. Tak po prostu jest. Żeby zainteresować jednak ludzi młodych papież utworzył Światowe Dni Młodzieży, na których nie tylko katolicka (!) młodzież z całego świata spotyka się, integruje i modli. Taki katolicki piknik, którego idee przechwyciło także chociażby Taize czy spotkanie nad jeziorem Lednickim, na których nic się nie wymaga, a jedynie przekazuje propagandę w sposób nieinwazyjny (w końcu jesteś tam z własnej woli). Świetny pomysł, żeby pokazać właśnie młodzieży wartości, moralność w sposób atrakcyjny, a co za tym idzie – pchnąć ją ku rozwojowi duchowemu.

Katechizm Kościoła Katolickiego

            Mało znane w sumie osiągnięcie pontyfikatu papieża-Polaka. Jest to książka, który stanowi oficjalną i dokładną wykładnię wiary Kościoła katolickiego. Bardzo szczegółową, konkretną, precyzyjna, z odnośnikami do rozwinięcia. Osobiście posiadam egzemplarz i mając jakieś wątpliwości co do spraw związanych z teologią wiem, że to jest właśnie najbardziej wiarygodne źródło wiedzy na ten temat. Bo czasem różni księża mówią sprzeczne rzeczy, nawet nie znając dokładnie poglądu Kościoła jako całości. Albo interpretują pewne rzeczy w sposób zły. Zdarza się. Ludzie są ułomni.

Niedziela Miłosierdzia

            Najpierw objawienia siostrze Faustynie, a potem pontyfikaty dwóch świętych papieży zwracają uwagę na coś bardziej nieskończonego niż ludzka głupota – miłosierdzie Boże, czyli zdolność i możność Boga do przebaczania człowiekowi za jego obrazę, która dokonuje się każdorazowo, gdy grzeszymy. Prawdziwa miłość wymaga. I tak samo, gdy wymagam od Emmy czegoś, a gdy tego nie robi jest mi smutno, tak samo Bóg wymaga od człowieka, żeby coś robił czy czegoś nie robił. Jednak o ile ludzie na siebie się fochają i nie mają pewności co do szczerości wzajemnych intencji, o tyle Bóg wie czy człowiek szczerze żałuje i szczerze się nawraca. I takiemu jest w stanie wszystko przebaczyć. Przebaczyć znaczy dopuścić do siebie pełnego miłości. I taki obraz Kościoła, jako pełnego miłości, dostępnego, aktywnego, rozwijającego się święci papieże tworzyli. Ze skutkiem widocznym - niech każdy oceni/ Niedziela Miłosierdzia stanowi symbol zmian drugiej połowy XX wieku. Przemiany bardzo ważnej z konserwatywnej i hermetycznej instytucji do otwartej i bardziej liberalnej, choć cały czas opierającej się na pewnej tradycji i, co najważniejsze, od dwóch tysięcy lat, tych samych wartościach. 
Symbol miłosierdzia Bożego - 1. obraz namalowany na podstawie objawień św. Faustyny. Obrazuje zarówno powagę i moc Jezusa jak i jego miłość do ludzi. 

piątek, 25 kwietnia 2014

Koniec edukacji reżymowej

Jak wiecie, skończyłem szkołę. I z tegoż powodu napisałem. Artykuł i wiersz nawet. Jak ja dawno wierszy nie pisałem. Taka dziwna forma. No ale jest. Tak mnie jakoś natchnęło. Maturzystom, ale zwłaszcza ludziom. Na życie.

Pieśń na wyjście i wejście

„Dalej, bryło, z posad świata!
Nowymi cię pchniemy tory”
Młody i ambitny
Pisze wiersz
Dawno wierszy nie pisał więc postanowił to zmienić
Sam szczęśliwy
Chce zmieniać świat
Szuka pomysłów
I motywacji
By je realizować

Człowiek jest szczęśliwy gdy robi
Zapomina o całym świecie
Skupia się na jednej czynności
Niezależnie czy jest to
Pisanie wiersza
Podrywanie dziewczyny
Analizowanie składu chemicznego pierdzenia
Czy tworzenie teorii spiskowych dotyczących Katastrofy Smoleńskiej
Tacy jesteśmy

I wszystko jest przydatne
Pomaga określonym kręgom
Niekiedy bywa zgubne i negatywnie oceniane
Choć historia uczy
Że wszystko trzeba przejść by się dowiedzieć jak życie zaplanować
Więc się uczymy
Mniej lub bardziej skutecznie

Szukamy pomysłów
I szukamy ambicji
No i motywacji
Choć uciekamy w lenistwo
Choć uciekamy w przyjemność
Choć uciekamy w obojętność
Taki paradoks
Bo chcemy robić
Dokładnie to
Co chcemy
A nie
co nam każą.
25.04.2014, po północy,
po śmierci Taduesza Różewicza,
 dzień zakończenia roku szkolnego

niedziela, 20 kwietnia 2014

Wielkanoc - Wszystko działa!!!

            Dokładnie rok temu, W hotelu w Lidzbarku Warmińskim (tam mnie podówczas na te dni wygnali rodzice ze sobą) powstał tekst o Wielkanocy – moje refleksje w nocy z soboty na niedzielę. Teraz już w domu siedzę i spokojnie na komputerze a nie na telefonie piszę. Ileż się od tamtego czasu zmieniło w moim życiu?! Już nie samotny, bo mam dziewczynę. Emma. <3. Już nie bezcelowy, bo mam bloga. Już nie szkoła, tylko matura, a po niej praca. Ale przede wszystkim zmieniło się moje podejście z nadziei do wiedzy, z przypuszczenia do pewności, z dążenia do sukcesu.
            Szukałem i znalazłem, działałem i osiągnąłem sukces. Taka satysfakcja z siebie. Jedna z piękniejszych spraw – polecam. Ale wszystko wymagało wysiłku i to sporego, choć podejmowanego chętnie, z młodzieńczą energią, zapałem, ciekawością świata. Teraz już wiem, że w tym świecie, w jakimkolwiek aspekcie życia wszystko działa. Świat jest doskonale zaprogramowaną maszyną, bardzo skomplikowaną. Nigdy nie poznamy całości jej funkcji, ale możemy nią sterować. Każda czynność daje wymierny efekt. Taka instrukcja obsługi ludzi i świata to w sumie właśnie mój blog, który powstał tuż po owej zeszłorocznej Wielkanocy. Dlatego trwa, kierowany nie tylko siłą fizyczną, pomysłami, wiedzą, ale także siła duchową, podobnie jak tradycja Niedzielnego Tetrisa.

„W Tobie Panie zaufałem,
Nie zawstydzę się na wieki!”

            Podczas liturgii Wielkiej Soboty czułem kilka rzeczy. Miłość, tak nie było tam żadnej samotności, ale wszystko wypełnione było obecnością. Choć niekiedy chciałbym się podzielić tą radością z innymi. Poczucie sensu, spełnienia, nieliczenie czasu – typowe flow. Dalej,  szczęście. Nieprzelewające się, niepalące, ale wypełniające, ocieplające, pełne szczęście. No i chyba najważniejsze – dumę. Dumę z bycia wierzącym, dumę z własnych osiągnięć, choćby nie wiem jak nieznaczące dla innych były, dumę z siebie i z mojej religii i dalej – duchowości. I to wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto żyć i dało potężna energię do wszystkiego. Tak w ogóle - siła! 

„Nie mogę Ci wiele dać…”

            Mimo dążeń i ambitnych planów sporo ambicji zawiodło. Cały czas brakuje mi wielu zdolności i zamierzam podjąć dalszą naukę celem ich zdobycia i edukowania ludzi w zakresie psychologii i nauk humanistycznych. Nauk humanistycznych, które są bardzo potrzebne. Gdy żyje nam się dobrze i wygodnie, mając zaspokojone potrzeby związane z bezpieczeństwem i fizjologią, szukamy czegoś dalej. Szukamy przynależności, uznania, szacunku, wartości estetycznych, relacji międzyludzkich, moralności. Tym wszystkim zajmują się nauki humanistyczne. Jako skromny ich przedstawiciel, bloger, młody i ambitny człowiek co nieco opowiadam. I opowiadać będę, bo i mi to pomaga potrzeby spełnić, wiedzę ustabilizować. Ale żeby coś u Was, drodzy czytelnicy się ruszyło, to po pierwsze musicie przeczytać, po drugie zrozumieć, a po trzecie najważniejsze i najtrudniejsze: stosować i próbować tę wiedzę. I mówię Wam ja, z własnego doświadczenia: wszystko działa! A jeśli nie działa to znaczy, „że prawda, którą się posługujecie jest nieaktualna”. I inny cytat. :”Wariatem jest ten, kto 10 razy robi to samo i liczy, że za 10 efekt będzie inny.” Dlatego naprawdę ja Wam mogę dać niewiele, ale Wy sobie samym – troszku więcej.

„A jak się nie podniosę?
To sobie poleżę!”

            Kilka razy podrywając dziewczęta słyszałem jakie to ja mam świetne podejście do życia. Upadek, porażka, smutek – nie lubimy ich, co? Też ich nie lubię, ale pełnią pewną niezwykle ważna rolę w naszych żywotach, mianowicie: mówią nam, że coś jest źle, że coś może być lepiej. Traktowanie ich jako wskazówek a nie jako poniżających i przygnębiających wydarzeń pomoże nam osiągać cele. Podobnie ze stresem – ma służyć zmobilizowaniu się do wykonania zadania. Nie ma zadania – nie ma potrzeby stresu. Jest stres, trzeba go wykorzystać, jest szansa by zrobić coś epickiego! Życie jest okazją, by zaznaczyć swoją obecność. To taka w sumie zapowiedź kolejnego działu – psychologii szczęścia i sukcesu. Coming soon….

„I chociaż wszystko poszło źle,
przed Panem Pieśni stawię się
na ustach mając tylko: Alleluja!”

            Na zakończenie, przypominam sobie o mojej dewizie. O tym, że działam. Efekty są różne, intencje dobre. Mimo, że dobrymi chęciami piekło wybrukowano, to się nie przejmuję. Mimo, że się nie udaje, a chciałbym więcej, to się nie przejmuję. Wiele mi brakuje w różnych aspektach i o tym wiem i też się tym nie przejmuję, ale działam, by wiedzieć jak najwięcej. Jak podejście jest dobre, cel i misja piękna, to działanie nie może być złe. Bo człowiek mający w swojej głowie doskonale dokładny cel, w pełni i doskonale dobry, drogę do niego ma takąż samą. Problem polega na tym, że nasze cele są najzwyczajniej w świecie jak nasze poznanie – częściowe, niedokładne. Stąd tez bierze się zło – z niewiedzy, nieświadomości. Dlatego edukacja zarówno teoretyczna jak i praktyczna jest tak ważna. Czytać, rozważać i żyć! I tak na zakończenie: ciekawe o czym będzie tekst za rok… 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Niedziela Palmowa - po co nam religia?

No hej, dziś pierwszy tekst z zakresu religii. Bardzo długi, ale, moim zdaniem, niezwykły. Jeden z bardziej niszczących system, ale żeby cokolwiek "ruszył tę bryłę z posad świata", trzeba, aby go ludzie przeczytali i rozważyli.

Alkowe bulwersy psychologiczno-społeczno-polityczne – religia

            Gdybym był wszechpoczytnym dziennikarzem na całym świecie, dziennikarzem katolikiem wierzącym i praktykującym, ów tekst wzbudziłby skandal. Obala on bowiem istniejący od dawna system, tajemnicę Poliszynela, mianowicie, że religia to opium dla mas. Tak, to prawda, Marks miał rację. Gdy pisał to w 1848 nie miał jeszcze pojęcia o istnieniu psychologii, zwłaszcza humanistycznej, która dokładnie opracowała potrzeby ludzkie zaspokajane przez religię. Zaspokajane niegdyś bardzo dobrze, jednak teraz coraz gorzej, kościoły się zamyka, a ludzie coraz mniej szanują zdanie Kościoła. Bo pojawiła się konkurencja oferująca inne zaspokojenie potrzeb, kolejno: konsumpcjonizm, pornobiznes, gabinety psychologiczne, wszechimprezowość, relatywizm moralny, nowe nurty filozoficzne jak antyteizm, antyklerykalizm i myślowe: ekologizm, wegetarianizm, hipsteryzm. Dużo tego – ludzie mają więcej opcji, będą ich mieli coraz więcej, potrzeby spełniane od wieków przez jedną instytucje przejmą inne, mniejsze. I właśnie w tym dniu, w którym wychodzimy na ulice miast w procesjach stawiam pytanie: po co ludziom Kościół, po co ludziom religia? I tak sobie opowiem o kilku zasadniczych potrzebach , które zaspokaja i alternatywach.
Piękno ceremonii ślubnej przyciąga wielu ludzi do kościoła. Często niezbyt z nim związanych. 

Kultura i rozrywka

            Przez wieki Kościół katolicki był mecenasem kultury. Papieże i biskupi fundowali działalność artystyczną, czego efektem są cudowne katedry z Bazyliką św. Piotra na czele. Działalność Jezuitów, sztuka baroku, muzyka organowa przyciągała do kościołów rzesze wiernych, odciągając ich od wyznań protestanckich. W czasach socjalizmu w Polsce Kościół utrzymywał względną wolność myśli, dając ludziom wytchnienie od wszechobecnej nowomowy komunistycznej. Oczywiście takie samo wytchnienie mogą dać bezwyznaniowe kluby dyskusyjne chociażby, robiąc to często lepiej. No i śpiewanie, zwłaszcza kolęd. Całkiem sympatyczna rozrywka.
            Tyle katolicy – teraz przykłady zaspokajania podobnych potrzeb jak rozrywki czy kontaktów międzyludzkich. Tu mistrzami są Świadkowie Jehowy, zrzeszający się w gminach, obdarzający sympatią, integrujący, cieszący się chwila, nawracający innych. Jednoczy ich nie tylko religia, ale zwłaszcza praca i wartości, które wyznają. Więc z powodów ściśle psychologicznych ta organizacja ma się dobrze i rozwija.
Barok to była chyba najszerzej zakrojona kampania reklamowa w historii - efekt osiągnięto. 

Co ludzie powiedzą?

            Znając zasady rządzące Kościołem katolickim, pobawiłem się w socjologa religii. Gdy jest przymus uczęszczania do Kościoła w niedziel, to ludzi nie ma mimo, że jest to dzień ustawowo wolny od pracy. Gdy nie ma obowiązku, niekiedy przychodzą par exellance: dzień św. Szczepana. Dlaczego? Bo wypada. Bo to presja ludzi, kultura nakazuje, a nie dbałość o wypełnianie nakazów religii. Ile osób ma odwagę powiedzieć: nie jem mięsa w piątek, bo religia mi zabrania? Kiedyś odwagą było, ostentacyjne jak Julien Sorel uczynił, zjedzenie mięsa w piątek. Dziś - odwrotnie
Ale nie tylko czyny, słowa, ale  nawet deklaracje. Świadkowie Jehowy, których zresztą bardzo szanuję, chodzili i pytali ludzi, katolików przecież o najważniejszą wartość w życiu. Mówi się, że Bóg na pierwszym miejscu. Jak odpowiedziałem Jezus Chrystus, to się mocno zdziwili. Co ludzie mówią: rodzina, praca, dzieci…Takie są chciane i uznawane przez społeczeństwo, kulturę wysokie i szlachetne wartości. Przecież w Polsce „rodzina jest najważniejsza, a dzieci to świętość”. I to wyparło podstawowy przymus społeczny przynależności do Kościoła. I będzie wypierać dalej, spośród kolejnych elementów życia. Jest alternatywa? Jest.
Ilu z siebie, a ilu bo koledzy/koleżanki pojechali?

Moralność

            Mówi się, że Biblia jako źródło kultury leży u podstaw tradycji europejskiej i to prawda. Stamtąd czerpali w dużej mierze twórcy prawa („Nie zabijaj”, „Nie kradnij”). Te zasady przeszły do naszego kręgu kulturowego i trwają. Dlatego mamy małżeństwa monogamiczne, 7 dni w tygodniu, patriotyzm łączony z wartościami chrześcijańskimi, krzyże w szkołach, te sprawy. Powstała swego rodzaju moralność, czyli zbiór zasad, których człowiek powinien przestrzegać, aby nie czuć się winnym czegokolwiek. Moralność jest kulturowa w dużej mierze, częściowo także osobista – tzw. relatywizm moralny. Szczytem tego założenia jest, że jeśli uznamy dane zachowanie za dobre i będziemy w to gorąco wierzyć, nie będziemy czuć się winni, gdy je wykonamy, choćby stało w sprzeczności z całym światem.
            Ale człowiek jest słaby, ma niewielką zdolność wytwarzania własnej moralności, więc korzysta z tego, co jest. Powstaje taki moralnościowy szwedzki stół. Trochę wezmę z katolicyzmu, trochę z protestantyzmu, tu Świadkowie Jehowy mówią dobrze, tu moja babcia tak mówiła, a to moje mocne zdanie, którego nie zmienią. I tak, jestem katolikiem, no bo wszyscy są. Po co nam w ogóle te zasady? Bo czymś trzeba się kierować w życiu, bo byśmy zwariowali bez zasad. Czy Kościół ma monopol, aby je nam dyktować? Jak widać – nie. Kolejna potrzeba zmieciona.

Przebaczenie i konsolacja

            Nie raz, nie dwa, nie osiem coś nam w życiu nie wyjdzie. Wtedy jest nam smutno, chcemy się wygadać, żeby ktoś nas pocieszył, potem przemyśleć sprawę i dalej lepiej iść w życie. A jak kogoś lub siebie skrzywdzimy, to potrzebujemy przebaczenia, akceptacji. To nam daje Kościół poprzez swoją ciszę, miłość i akceptację dla każdego (podobno szczytem słynnego „forever alone” jest to, że nawet Świadkowie Jehowy nie chcą z Tobą rozmawiać”). Taka ludzka potrzeba bezpieczeństwa, przynależności dobrego słowa, tak powszechnego w piosenkach religijnych, gdzie Bóg okazuje się cudownym lekiem na wszystkie dolegliwości niczym w kulturze współczesnej miłość, a w Polsce przed rokiem 1989 obalenie komunizmu. Tak czy inaczej zarówno pocieszyć jak i przebaczyć mogą nam inni ludzie i religia nam, do tego nie jest potrzebna.

Coś w życiu trzeba robić….

            Potrzeba posiadania misji i celu w życiu. Ludzie sobie tego celu szukają i może to być równie dobrze służba drugiemu człowiekowi a la Matka Teresa z Kalkuty, zdobywanie Jerozolimy przez rycerzy Krzyżowych, budowa cudownego państwa dla wysokich, niebieskookich blondynów czy cudownej ojczyzny komunistycznej na całym świecie.

…i jakoś to wszystko wyjaśnić.

            Odwieczna potrzeba ludzkiej edukacji stworzona przez ułomność poznawczą.  W starożytności objawiało się to kultami Słońca, wody, miłości itd. Dziś wytłumaczyła to nauka? Czy zjawiska nadprzyrodzone można wytłumaczyć naukowo? Można, od tego jest teologia. Można w nią nie wierzyć, podobnie jak nie wierzę np. w astrologię.
            Dalej, każda religia musi posiąść odpowiedni system wartości, żeby wymóc zaangażowanie emocjonalne swoich członków i ustalić jakąś bazę, według której działają, wyznaczyć misję. Nie ma znaczenie w tym momencie co nią jest – najlepiej by owa idea była nośna i trafiała w obecne potrzeby mas – wtedy za nią pójdą. 
Swego czasu nazizm też był traktowany jak religia. Mechanizmy psychologiczne te same. 
  

















          Ta potrzeba niesie ze sobą jeszcze jedną – autohandicapping. Uzależnienie swojego losu od czynników wyższych i nie przyciąganie na siebie odpowiedzialności. Tak, zwalmy wszystko na Boga, rząd, innych, byle nie na siebie. W niektórych przypadkach się przydaje, kiedy faktycznie nie mamy na coś wpływu.

So what?  

            Kościół katolicki istnieje od niecałych dwóch tysięcy lat i ma się całkiem dobrze. Stanowi jedną z najlepiej zarabiających i najdłużej funkcjonujących korporacji świata, zaspokajając mniej więcej te same potrzeby psychologiczne człowieka od wieków. Ludzie doń chodzą, gdyż jedno miejsce zaspokaja tyle potrzeb – to się opłaca i jest całkiem ekonomiczne. Mało czasu – duże zaspokojenie. Kościołowi też na rękę, bo pieniądze, wierni itd. Wierni, którzy często kłamią, źle żyjąc, popadają w letniość, fanatyzm, na opak interpretują zasadnicze prawdy wiary czy w ogóle jedynie w części zgadzają się z KKK, na zasadzie moralnego szwedzkiego stołu. Dowody?
Ile osób, katolików, tak siebie definiują, ma odwagę powiedzieć i zrobić: nie współżyję przed ślubem, bo wolę Chrystusa nad ziemskie przyjemności? Najlepiej świadczy o tym liczba niechcianych ciąż i aborcji. A katolików formalnie na 38 milionów Polaków jest 34. Ile osób, definiujących się jako katolików jest nieszczęśliwych i nie kocha siebie, nie mówiąc w ogóle o miłości innych? Ile osób nienawidzi ludzi zamiast czynności? Np. homoseksualistów zamiast homoseksualizmu (grzechu). Nienawiść jest zaprzeczeniem miłości,  a jednak tzw. katole stale ją pielęgnują w cudownym połączeniu jeszcze z ideami natury politycznej.

Psychologia, wszędzie psychologia…

            Tak, moi drodzy – od reguł psychologii nie uciekniemy, podobnie jak od praw fizyki. Można, co prawda nie wierzyć w to, co tu piszę, tak samo jak można nie wierzyć w prawo grawitacji, co nie zmienia faktu, że rzucając się z 9. piętra spadniemy na ziemię. Religia zaspokaja nasze potrzeby psychologiczne – raz jeszcze to powtórzę. I dla większości, absolutnej większości to tyle. Ale cały czas, nieustannie, dręczy mnie pytanie: Czy tylko po to powstał Kościół? Czy ta istniejąca tak długo instytucja żyje tylko z psychologii, jest genialnym wynalazkiem biznesowym, który się trzyma tylko i wyłącznie ze świetnego projektu i wybornej znajomości człowieka? Wielu twierdzi, że tak, jeszcze więcej się w ogóle nad tym nie zastanawia. No ja się pochyliłem, w mojej głowie rodziło się mnóstwo pytań….

FAQ

  • Czy można żyć bez Boga i religii? Owszem, można, jak się ma niezłą inteligencję interpersonalna i intrapersonalną wychodzi to super i są ateiści itp. będący cudownymi ludźmi.
  • Czy Bóg istnieje? Skoro go nie widać – to nie. Powietrza też nie widać. Ale widzisz efekty jego działa. Ja też widzę efekty działania Boga. To, że czegoś nie widać ni oznacza, że tego nie ma. Nie zawsze przynajmniej.
  • Skoro Bóg istnieje, to jaka religia ma rację? Pragnę zwrócić uwagę, że większość religii to są systemy wartości bez organizmu kościelnego. Religie starożytne zajmowały się tłumaczeniem zjawisk przyrodniczych, dzisiejsze tez tłumaczą to, czemu nauka nie podołała i stworzyły własną naukę – teologię.
  • Cuda, objawienia – niewyjaśnialne zjawiska, ale tak zupełnie, naukowo sprzeczne.
  • Ludzie wiary – tak szczęśliwi, tak dobrzy, tak mądrzy…
Jeden z najwspanialszych ludzi wiary. 

FAQ- własny

            Tu się pojawił problem, bo zacząłem zadawać sobie pytania natury psychologicznej dotyczące własnej osoby. Mojego życia i mojej historii.
  • Czy ten biały kawałek opłatek ma jakieś właściwości halucynogenne? Dlaczego po jego spożyciu czuję się jakbym miał w sobie nową, nieznaną siłę, chce mi się latać, jakbym przeistaczał się w jakąś nową, cudowną istotę jak w kreskówkach?
  • Skoro ma, to dlaczego tylko ten kościelny? Dalej, dlaczego raz większą, a raz mniejszą?
  • Dlaczego utrzymałem mistyczną tradycję Niedzielnego Tetrisa, który powstał po chwili mojego „nawrócenia”, gdy miałem 13 lat? I nigdy o tej tradycji nie zapomniałem? – przywiązanie, tradycji się nie zapomina
  • Dlaczego mistyczne „Alleluja” Cohena, nauczone podczas pobytu w katolickim gimnazjum pozostaje moją ulubioną piosenką(a znam ich sporo), spoczywa w środku „To Lubię!” i nieodłącznie kojarzy mi się z drogą wiary? – można tłumaczyć skojarzeniami
  • Dlaczego po rozmaitych grzechach oprócz naturalnego poczucia winy i własnej słabości czuję jeszcze coś? – nierozpoznawalne, nienazywalne uczucia – zdarza się
  • Dlaczego najpiękniejsza noc w roku to Wielka Sobota?  - można tłumaczyć skojarzeniami
  • Dlaczego w roku, oprócz ciekawych pomysłów, najlepsze, najbardziej emocjonalne teksty powstają na koniec roku i Wielkanoc? – przypadek mobilizacyjny?
  • Dlaczego, nawet zupełnie zapominając o większych świętach, nie myśląc o nich wcześniej, gdy idę do kościoła czuję jakby mocniejsze emocje?
  • Dalej, dlaczego wychodzę z Kościoła szczęśliwy i nagle bardziej chce mi się żyć? – zaspokojenie potrzeba wyzwala szczęście, ale czy aż tak? Przecież ludziom nie chce się skakać, jak go opuszczają.
Część da się wyjaśnić psychologią. Ale ilość pytań prowadzi mnie do wniosku, że musi istnieć coś poza zwykła psychologią (poza tworzeniem atmosfery, masową hipnozą, , jeśli chodzi o religie, konkretnie o katolicyzm. To coś nazwałem…

Duchowość

            I nie chodzi tu o potoczne rozumienie tegoż słowa jako zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu czy przemyślenia natury wysokiej, egzystencjalnej. Duchowość najprościej wyjaśnić teologią. Mam duchy: dobre i złe – ich świat jest czarno-biały. Oba walczą o coś, co w człowieku zwie się duszą. W jakiś, bliżej nieokreślony sposób skłaniają biedną istotkę ( w literaturze motyw gigantomachii) do grzechu lub jego braku, który zwiera określoną cząstkę, ładunek duchowy. Efektem działania takiego człowieka jest określone, bardzo delikatne odczucie tegoż ładunku. Owo odczuwanie jest tym większe, im większa świadomość swojego czynu, podobnie jak w przypadku innych emocji. Dalej, istnieje coś takiego jak potrzeba duchowości, ale za mało o niej wiem, by się wypowiedzieć.    

Ale wiem, że jest ona ponadpsychologiczna, niezależna od genów czy wychowania, zawsze stała, wyznaczona przez jedną, właściwą i niezmienną moralność. Dalej, czynniki psychologiczne, potrzeby zaspokajane przez Kościół przyciągają nas do owej duchowości, sprawiają, ze zaczynamy wypełniać przykazania, stajemy się coraz bardziej świadomi i powoli, bardzo delikatnie zaczynamy czuć…. I ostatnia sprawa, w przeciwieństwie do moich poprzednich tekstów psychologicznych, tu nie ma wniosków, tu jest pytanie o religie świata, o tę duchową moralność, o to po co duchowość.
Tak się czuje człowiek mocny duchowo! 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Ostatnia niedziela Wielkiego Postu

Dziś krótko podsumuję psychologię osobowości i to kiedyś się nam prawdziwie przydaje. Trzy kolejne tygodnie będą mówiły o sprawach związanych z religia, ale spokojnie, od psychologii nie uciekniemy. Jak zawsze, moim subiektywnym, zdystansowanym i poważnym okiem.

Poznawanie ludzi

            Tak, to jest bulwers! I jestem zły. Ludzie, nie potrafimy ze sobą rozmawiać i się poznawać. Tak, wiem, to straszne. Dobra, generalnie ostatnio się bulwersowałem o miłości, czyli o relacjach międzyludzkich. Dziś będzie o tym, dlaczego poznajemy złych ludzi dla siebie, dlaczego patrzymy na nieodpowiednie znaki, nadajemy niewłaściwe cechy i motywy (błędy atrybucji) a na koniec- dlaczego nic tak naprawdę o ludziach nie wiemy. Częstujcie się.

Ogłaszam casting na moich znajomych!

            Żłobek – ludzie wzajemnie zaspokajają swoje potrzeby. Żeby zaspokajać te własne trzeba się więc otoczyć takimi ludzi, którzy potrafią to zrobić sprawnie, przyjemnie i nie tworząc problemów. Poznajemy to generalnie na podstawie bodźców jakie nam te osoby dostarczają i tego jak owe bodźce –komunikaty odczytujemy. I tu się rodzą problemy, bo popełniamy mnóstwo błędów wskutek rozmaitych błędów poznawczych.
            Od razu rodzi się pytanie: jakie szczegółowe kryteria wyznaczyć osobom kandydującym na naszych znajomych? Otóż ja osobiście patrzę na kilka spraw:
  • Wygląd – pierwsza rzecz, która widzimy. Strój, figura, ale przede wszystkim styl bycia i twarz. Osoby grube są z reguły zakompleksione ergo nieciekawe, a te zachowujące się inaczej niż reszta stanowią element wart zbadania, intrygują. Jeśli chodzi o sprawy typu ubiór, fryzura itd. to najatrakcyjniejsze są te, które identyfikują daną osobę z pewną grupą społeczną i komunikują daną wartość np. zainteresowanie seksualne, prestiż, bogactwo, groteskowość, przynależność do grupy zawodowej, wiekowej, społecznej, płci i odpowiednie komunikowanie tymże elementem. Więcej szczegółów kiedyś później.
  • Czy nam się dobrze rozmawia – i to jest chyba najważniejsze. Gdy zyskałem pewność siebie i autoakceptację, zacząłem jeszcze swobodniej zawierać relacje z ludźmi, zasadniczo nie zwracając uwagi z kim rozmawiam. Jak ktoś mnie zaintrygował, automatycznie go zapamiętywałem. Jak z kimś się ciekawie rozmawiało, to się z nim rozmawiało więcej i tak powstawała relacja. Proste i przyjemne. 
  • Czy logistyka pasuje – o wiele łatwiej się rozwija relacje z osobami, które mieszkają bliżej, z którymi spotykamy się w miejscach, w których często bywamy. Oraz czas i otwartość na spotkania, rozmowy i inne.
  • Umiejętności społeczne drugiej osoby – inteligencje i ich elementy, dojrzałość i inne fajne cechy. To się poznaje, mając psychologicznie uzbrojone oko, bardzo szybko.
  • Akceptacja cech neutralnych drugiej osoby – mowa o tych sprawach, o których mówiłem przy psychologii osobowości jako o neutralnych jak wielka piątka,  (nie)normalność

On mnie zdradza!

            Poznawanie ludzi jest dobre tak samo jak budowanie z nimi relacji w sposób ciekawy, dzieląc się zarówno wiedzą, doświadczeniami jak i humorem, zaspokajając możliwie jak najwięcej swoich potrzeb. I tu pojawia się pewien grzech główny – zazdrość. Przyjęło się we współczesnym świecie, że jeśli jest się w związku, to zdradą jest zainteresowanie osobą płci przeciwnej, bo stanowi ona zagrożenie dla pozycji osoby będącej w związku. Jest to oczywista bzdura z dwóch względów: niszczy zaufanie, prowadzi do inwigilacji i powolnego rozpadu relacji oraz  ogranicza, albowiem nie poznając innych ludzie, nie rozwijamy się, tkwimy w pewnym ukutym schemacie myślowym no i nasze potrzeby leżą i kwiczą, bo jedna osoba nie jest w stanie ich wszystkich zaspokoić. Osobiście, budując swój „związek” z Emmą od razu zaznaczyłem, że poznawanie innych ludzi jest wspaniałe i może nawet rozwijać relację jako taką, gdyż daje pewien temat do rozmów. Ludzie są fascynujący, nie bójmy się ich!

„kochaj bliźniego swego jak siebie samego”

            Podstawowy problem z relacjami międzyludzkimi to problem z własna osobą. Tego jest mnóstwo, ale taki jeden, najbardziej rzucający się w oczy, najbardziej żałosny i najbardziej powszechny to brak miłości do siebie, akceptacji swoich wad i zalet. Jak ja mam Ciebie lubić, skoro nawet Ty siebie nie lubisz? Jak mam Cię kochać, skoro siebie nie kochasz? Ty musisz dać mi przykład miłości do Ciebie, za którym ja podążę. Miłości krytycznej, świadomej wad, ale akceptującej. Dlatego, szukając miłości nie możemy się nad sobą użalać, mówić, że „nam się należy”, tylko najpierw pokochać siebie, a potem liczyć na kogoś innego. Taka podstawa. Naprawdę, o wiele przyjemniej rozmawia się z ludźmi szczęśliwymi.

Jesteś nudny!

            Człowiek musi nas zainteresować, żebyśmy chcieli go poznawać. Jest to jedna z potrzeb – potrzeba bycia zaciekawionym. Nie osiągnie się tego poprzez imponowanie na siłę. Poza tym, nie ma uniwersalnego sposobu na zaimponowanie komukolwiek – każdy lubi co innego Dlatego całkiem mnie bawi idea intrygowania kogokolwiek na czacie. Jednak istnieje uniwersalna recepta na bycie ciekawym chociażby dla jakieś grupy. Jaka?           
Trzeba przede wszystkim mieć pasję. Tu należy odróżnić to, co się lubi robić od tego, czym się interesuje. Lubię jeść czekoladę, a interesuję się jedzeniem czekolady. Wszelkie zainteresowania muszą być dość precyzyjne (muzyka, dobra książka – to nic nie mówi) oraz poparte przykładem. Interesuję się psychologią, więc prowadzę o niej bloga. Interesuję się siatkówka, więc amatorsko komentuję mecze. Dalej, plany i marzenia. Te sprawy czynią człowieka unikatowym i wyjątkowym. Tylko powinny być możliwie skonkretyzowane i urealnione. O tym szerzej także wkrótce.
Na koniec tego bulwersu chciałbym, abyście pamiętali o tym, że osobowość bezpośrednio definiuje relacje z innymi ludźmi. Prędzej czy później, zaczniecie zachowywać się przy kimś coraz bardziej nieświadomie i pokazywać swoje „prawdziwe” oblicze, bez samoregulacji w sensie. Dlatego tez warto pracować nad samą swoją osobą. Choć oczywiście kształtuje się ona także poprzez zmianę zachowań. W psychologii dużo rzeczy się pokrywa.