Wróciłem z Ukrainy z szeregiem refleksji, które mam zamiast
upiśmiennić tego tygodnia. Jadę na wakacje do babci; z komputerem, ale starym,
bez większości gier i internetu. Będę się uczył gotować, czytał do szkoły i
spisywał myśli i fantazje. Teraz, ze względu na internet właśnie mam dla was
tylko jeden tekst, pisany właśnie na wycieczce…
Refleksja 88 – Refleksje Lwowskie
Załamany kolejną własną,
wewnątrzosobową, samoregulacyjna porażką („Co może ktoś taki jak ja dokonać?
Ktoś kto sam siebie zawiódł znów?”), w hotelu na przedmieściach Lwowa,
słuchając najskuteczniejszego antydepresanta w postaci listy „Pocieszcie,
pocieszcie!” doszedłem do metafizycznego, ponadnaukowego wniosku. Zacznijmy
jednak od psychologii. Erik Erikson (chyba powieszę sobie w pokoju jego
portret) stwierdził, że znajduję się w fazie rozwoju psychospołecznego, w
której wybieram sobie, znając wiele wzorców swoje poglądy, kształtuję swoją
tożsamość. Wybrałem ją świadomie, jednocześnie wiedząc o własnej słabości i
ułomności, o tym, że nigdy nie będę postępował zgodnie z jej ideałami. Nigdy,
bo jestem ułomny, słaby, jestem człowiekiem. Natomiast z całych moich
samoregulacyjnych sił walczę o to by ja obecne stało się tym idealnym, dążę do
ideału osobowościowego. I tu koniec nauki.
Tego dążenia nie da się bowiem
opisać teorią psychologiczną (co uwielbiam robić); jest ono zbyt złożone, za
trudne, niepoznane, emocjonalne. Najważniejszą jego płaszczyzną jest duchowość
– dążenie do życia bez grzechu, do świętości. Objawia się ono nie tylko w
zgłębiana prawa kanonicznego czy innych tekstów religijnych, a także, a nawet
przede wszystkim w największej i najpiękniejszej przygodzie życia – poznawaniu
tego cudownego, niesamowitego, barwnego świata i poznawaniu ludzi go
zamieszkujących, jego historii oraz rozwoju swojej postaci. Najlepszy rpg ever.
Poznawaniu i patrzeniu z teologicznego, psychologicznego, społecznego,
ekonomicznego, emocjonalnego, spontanicznego i wszystkich innych nieskończenie wielu
punktów widzenia. Bogacenie się, rozwój, spełnianie marzeń, osiąganie co raz to
trudniejszych celów – to esencja życia! Takie zachowanie prowadzi do wzrostu
szczęścia i zmniejszenia częstotliwości występowania oraz siły takich załamań.
Mimo to, występują.
Jest też strach, że kiedyś wydarzy się coś, co zatrzyma rozwój, cofnie
mnie i przekreśli marzenia. I nie jakiś czynnik zewnętrzny, ale sprawa
wewnętrzna, zależna ode mnie. Że będę za słaby by nad sobą zapanować. I tu
jedyna nadzieja w Jezusie, bo na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Z czasem nauka
wyjaśnia coraz więcej i więcej zjawisk, ale to zawsze będzie za mało. Człowiek
musi nauczyć się poznawać i rozumem i emocjami, sercem, wiarą. Wyznawanie
religii to spełnienie szeregu potrzeb, co daje olbrzymi wzrost szczęścia
inteligencji poznawczej i emocjonalnej.
Mamy tendencję do ufania sobie, liczenia na siebie i dobrze, bo w
istocie powinniśmy mieć na siebie samych duży wpływ. Zapominamy często jednak o
niepewnościach, nieoznaczonościach, nieścisłościach i o jakże potężnej,
ludzkiej ułomności. Pokora. Czasem nadzieję pokładamy w instynkcie, żyjemy
uczuciami czy trzymamy się jakieś doktryny poglądów. Wszystko to drogi
prowadzące do celu. Żeby jednak umieć siebie w tym odnaleźć potrzebujemy mapy,
która powie nam, w którym momencie jaką drogą iść, czyli co robić by
zrealizować cel, jak patrzeć by posiąść mądrość. I ta mapą jest…(i tu
niespodzianka)…odpowiednie spełnianie własnych potrzeb na czele z
najważniejszą, wynikającą z samej istoty człowieczeństwa – potrzebą kontaktu z
Bogiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz